piątek, 17 maja 2019

Rozdział 16


Mitia nie miał zazwyczaj wielkich oczekiwań, ale tego dnia prawie biegiem przebył drogę ze szkoły do domu. Niby już dawno się nauczył, że w rodzinie Demkowiczów zajmował ostatnie miejsce, jednak w oglądanych przez niego z zapartym tchem bajkach, często zdarzały się cuda - Calineczce wyrosły skrzydła, a Kopciuszek z popychadła awansował na żonę księcia. Dzisiaj były jego urodziny więc liczył, że babcia przynajmniej upiecze, jak co roku, czekoladowy tort z jego imieniem, na którym zapłonie osiem świeczek. Od poprzedniego mierzenia urósł co najmniej cztery centymetry, niestety nie miał komu się tym pochwalić. Ostatnio starsza pani źle się czuła, a chore kolano bardzo jej doskwierało. Martwił się o nią i zadowoliłby się nawet ciastkiem z pobliskiego supermarketu, jeśli to ulżyłoby jej w bólu i znowu śmiała się jak dawniej. Chłopiec starał się być grzeczny i nie sprawiać kłopotów, niestety z racji swojej natury prawdziwego wiercipięty, niezbyt mu to wychodziło.
   Tata z mamą przysłali poprzedniego wieczora jedynie zdawkowe życzenia wszystkiego najlepszego, czyli nie wiadomo czego, wraz z elegancko zapakowanym prezentem. Transformens, o którego wcześniej wszystkich zanudzał, stał na półce nawet nie wyciągnięty z plastykowego pudełka. Przestał go cieszyć zaraz po tym, kiedy się dowiedział, że ważny dla niego dzień spędzi tylko we dwójkę z babcią, a obiecana wyprawa do ZOO znowu została przełożona na bliżej nie określoną przyszłość. Rzucił z impetem w kąt przedpokoju plecak z książkami.
- Babciaaa...! Dostałem piątkę. - Tym razem czuł dumę ze swojej pracy. Pani była surowa, a on nie posiadał talentu plastycznego i zazwyczaj dostawał co najwyżej trójki. Temat zapisany na tablicy brzmiał - ,, moje najskrytsze marzenie". Koledzy narysowali siebie jako gwiazdy estrady, strażaków w czerwonych samochodach, rycerzy machającymi mieczami, policjantów, a dziewczyny jak to dziewczyny na ich obrazkach widniały same księżniczki, modelki, aktorki, tylko jedna się wyrwała z Super Women. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego u niego na kartce był zwyczajny stół zastawiony świątecznymi smakołykami, a wokół niego cała, uśmiechnięta rodzina. Jedynie pani pokiwała głową,  jakoś tak wyjątkowo ciepło się do niego uśmiechnęła i pogłaskała po ciemnych włoskach.
Włożył buty do szafki i powiesił kurtkę na wieszaku, by nie denerwować babci, która nie lubiła nieporządku. Niestety zamiast niej zobaczył siedzącą w kuchni sąsiadkę, sądząc po zapachu podgrzewała pomidorową.
- Nie krzycz Skarbeczku, Lidia została w szpitalu. Pan doktor da jej syropku i będzie jak nowa. - Wysoki głos ranił jego wrażliwe uszy. Nie przepadał za nią, zawsze traktowała go jakby jeszcze nosił pieluchę, a on przecież był już prawie dorosły. W końcu miał osiem lat. - Dzwoniłam do mamy. Zajmę się tobą dopóki nie wróci.
- Och... - Wszystkie plany i nadzieje Miti w jednej chwili legły w gruzach. Chciało mu się płakać, ale dzielnie powstrzymał łzy. Nie miał zamiaru dać nieznośnej kobiecie pretekstu, aby się nad nim litowała. - Dlaczego mama do mnie nie zadzwoniła? Dostałem od Andrieia telefon.
- Może nie chciała ci przeszkadzać w szkole? - Postawiła na stole garnek z zupą. -Lubisz pomidorową?
- Wolę kanapki. - Wydął wargę, upodabniając się do sławnego brata, kiedy ten nad czymś intensywnie myślał. Ciekawe czy któryś z kolegów z klasy, dostał zamiast urodzinowego tortu rozpaćkaną, brudno czerwoną breję?
- Ale grymaśnik. Babcia cię strasznie rozpuściła Pomponiku. - Nie znosił tego przezwiska z przedszkola, wtedy jego ukochana czapka miała mnóstwo kolorowych, wełnianych pomponów. Nadal ją trzymał na dnie pudełka ze skarbami. Tata mu ją kupił kiedy byli pierwszy raz i jedyny raz w wesołym miasteczku. Niewiele myśląc chłopiec pokazał  język i wszytko co miał w buzi wypadło na stół.
- Skaranie boskie z tobą...- Machnęła na niego ręką i poszła po ścierkę. - Idź się spakuj. Pomieszkasz trochę u nas.
- Nie jestem głodny. - Mitia wstał z krzesła i pobiegł do swojego pokoju. Nie miał najmniejszego zamiaru znowu spać w jednym pomieszczeniu z dorosłymi synami sąsiadki, tak jak pól roku temu, kiedy babcia przechodziła operację woreczka żółciowego. Te dwa, stare barany, chodziły z Andrieiem do jednej klasy, grały na konsoli do białego rana, nie prały skarpetek a ich bąki cuchnęły tak, że robiło mu się niedobrze. W dodatku od lat mieli na pieńku z bratem, któremu zwyczajnie zazdrościli powodzenia u dziewczyn i w związku z tym wyżywali się na nim, jak tylko ich matka wyszła z domu. Nie przyszło im do głowy, że panny nie lubiły brudasów, przynajmniej te, które on znał. Mitia postanowił, że tym razem zachowa się jak dorosły mężczyzna i nie pozwoli się gnębić gorylom. Usiadł na swoim łóżeczku i przytulił buzię do ulubionej poduszki. Z powłoczki patrzył na niego Batman, zawsze chciał być taki jak on - nieuchwytny, sprytny i walczący w mroku ze złem. W tym momencie przypomniał sobie ostatnie słowa siostry. Skoro Andriej nie miał w tej Ameryce kolegów i ucieszy się z jego przyjazdu to...
Zaczął pakować niewielki plecaczek tak jak go uczyli mali skauci, jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Na końcu wsypał zawartość skarbonki do kieszonki kurtki. Uznał, że za tyle euraków, dojedzie nawet na Marsa, a L.A było przecież jedynie za oceanem. Wyciągnął notes i skreślił kilka słów. Karteczkę włożył do koperty, dorzucił z uśmieszkiem małą niespodziankę i zostawił w widocznym miejscu na blacie biurka. Wyjął telefon i zadzwonił po taksówkę. Ukradkiem wymknął się z domu tylnymi drzwiami, słyszał jeszcze jak sąsiadka zawzięcie plotkuje ze swoją córką przez okno.
- Ci Demkowicze, niby tacy przykładni, Sofija została nawet Matka Roku, a ciągle podrzucają dzieciaka niczym pakunek. Normalnie jak kukułka.
- Nie musisz się na to godzić. Dlaczego nie powiesz, żeby sami się nim zajęli?
- Niby jak? Oboje są w Pekinie. Mam go tam wysłać pocztą?
- Zgłoś do opieki społecznej, że nie ma kto zająć się chłopcem. Może w końcu by coś do nich dotarło, choćby ze wstydu.
- Szkoda mi Lidii. To taka dobra kobieta. Ale stara i schorowana, nie dla niej niańczenie wnuków.
- Sama widzisz! Wrócą za tydzień, a ten mały gorszy do upilnowania niż worek mrówek. Jak się coś stanie to będzie na ciebie.
- Przesadzasz.
                                                                ***
Mitia od dobrej godziny siedział na lotnisku, obserwując odprawy pasażerów. Czasami podróżował z rodzicami i był dość dobrze zorientowany jak przebiegają. Wiedział, że bez paszportu i opieki dorosłego nigdzie nie poleci. Po drodze wymyślił sobie całkiem sprytny plan, w jego realizacji potrzebował jednak odrobiny szczęścia. Dokładnie sprawdził loty do L.A, gdzie mieszkał Andriej. Bystre oczy chłopca wypatrywały odpowiedniej osoby. W końcu przyszedł. Wysoki mężczyzna pchający przed sobą na wózku bagażowym walizkę oraz dużą klatkę. Śmiało podszedł do niego, zatrzymał się grzecznie obok i zagadną.
- Dlaczego jest zasłonięta?
- Mój pies jest strachliwy, lepiej się czuje, kiedy nie widzi zbyt wiele.
- Jak się nazywa?
- Karmelek.
- Jak cukierki, którymi zajada się moja siostra, kiedy myśli, że nikt nie widzi. Daleko pan leci?
- Tak Panie Ciekawski, do L.A.
- Aha. A Karmelek nie będzie głodny?
- Nie. Ma swoje ciasteczka, karmę i poidełko z wodą. Możesz go na moment popilnować, muszę skorzystać z łazienki? - Mężczyzna przyjrzał się uważnie dziecku. Chopiec był miły, ładnie ubrany i rezolutny. Spokojnie czekał na rodziców, którzy pewnie załatwiali sprawy związane z odprawą. Miał nadzieję, że nic się nie stanie jak zostawi go z psem na kilka minut.
- Też jak się denerwuję chce mi się siku. - Mitia zrobił minę doświadczonego życiem podróżnika. Kiedy zniknął z horyzontu, szybko otworzył klatkę i z trudem wyciągnął z niej zaspanego labradora, który najwyraźniej dostał jakiś środek uspokajający. Lekko nim potrząsnął i podetkał po nos jeden z przysmaków. Łakomczuch, choć mocno zaspany, ruszył za nim. Nikt nie zwrócił uwagi na malucha ciągnącego na smyczy dużego psa, w kierunku najbliższych drzwi. Przywiązał go do słupka na parkingu, pogłaskał po kudłatym łebku i pocałował w ucho.
- Nie martw się, niedługo ktoś cię znajdzie. Na pewno masz chipa i szybko wrócisz do domu. - Wiedział, że zwierzaki jadące za granicę muszą go mieć. - Nie gniewaj się na mnie. Wiesz, ja nie teraz mam domu. Nikt o mnie nie dba tak jak o ciebie. A mój jest fajny, będę mu pomagał to na pewno mnie zadomowi u siebie. - Zanurzył jeszcze raz rękę w miękkim futrze i biegiem wrócił na lotnisko. Dosłownie w ostatniej chwili udało mu się wpełznąć do klatki i zatrzasnąć drzwiczki. Trochę się bał, ale to nie mogło być gorsze od tego, jak synowie sąsiadki zamknęli go w szafie na całą noc, w czasie ostatniego pobytu w jej domu.
                                                                       ***
Adam nareszcie miał dla siebie kilka godzin spokoju. Odkąd został zmuszony do przyjęcia, przez cwaniaków z wytwórni PERFORMANCE, całej bandy artystów różnej maści, w domu rzadko było tak cicho. Aktorzy pojechali na plan, Celina na zakupy, a najbardziej rozpuszczony i wymagający z lokatorów Luogo Di Silenzio pojechał ze swoim menadżerem na kontrolę, do pobliskiego szpitala. Zakłopotany pisarz uznał, że jeśli w najbliższej przyszłości ludzie przestaną kupować jego powieści, będzie mógł zostać akrobatą w niskobudżetowym cyrku, bo unikanie zachłannych dłoni Andrieia wymagało coraz wyższych leveli, nie wspominając już o nieustannym napięciu w dolnej połowie nieposłusznego ciała. W sumie wycieczkę na biegun północny też mógłby zaliczyć. Nigdy nie wziął tylu zimnych pryszniców, więc trochę śniegu czy mrozu na pewno go nie wystraszy, dzięki Księciuniowi był porządnie zahartowany. Chwycił za telefon z zamiarem ponarzekania sobie na swój ciężki los do przyjaciółki. W tym momencie się zreflektował. Właściwie co mu się tak nie podobało? Nawet sobie tego nie uświadamiając wziął serwetkę ze stołu i skreślił na niej krótką listę mankamentów swojej sytuacji.

                             Spis skarg i zażaleń, cholera wie do kogo!

- Włóczy się za mną ciacho pierwszej klasy za które większość moich  znajomych dałaby się posiekać na tatara
- Wszędzie natykam się na duże dłonie o długich, zwinnych palcach które zamieniają mnie w mimozę
- Serce bije mi jak oszalałe i  tłoczy spienioną krew przez żyły, co podobno, według mojego dowcipkującego lekarza, jest zdrowe oraz zapobiega zatorom i zawałom
- Mam takie sny, że nie przyznałbym się do nich nawet pod groźbą karabinu
                                   Ten szalony drań mnie wykończy!

   Adam przeczytał co napisał, jęknął i klepnął się w czoło. Każdy normalny człowiek wyśmiałby go za takie problemy, a wielu chętnie by je od niego zabrało i jeszcze dorzuciło  jakiegoś gratisa. To nasunęło mu kolejny pomysł. Mógłby dać do gazety ogłoszenie.

'' Oddam tanio! Jeden przystojny Anioł, seksowne metr dziewięćdziesiąt, w pakiecie syreni głos i hipnotyzujące oczy. Należy dobrze karmić . Wymagający w pielęgnacji. Polecam koneserom."

   Pisarz miał wiele zaległości i powinien zabrać się do pracy, ale jego myśli całkowicie powędrowały na bezdroża. Mimo, że Andrieia nie było w domu ciągle czuł jego obecność. Z każdego kąta wyglądała łobuzersko uśmiechnięta anielska gęba. Żaden porządny facet nie powinien mieć takich ust, ktoś powinien tego zakazać państwową ustawą.
- Chyba dostałem obsesji! - Adam sam na siebie tupnął nogą. - Czas na psychiatrę! - I pewnie wziąłby kolejny bardzo zimny prysznic lub zapisał się do poradni zdrowia psychicznego, gdyby nie zadzwonił telefon.
- Sierżant Kukuła. - Rozległ się nieznajomy, służbisty głos. - Czy rozmawiam z panem Demkowiczem?
- Nie ma go w domu. Wróci wieczorem. - Adam był ciekawy, co takiego znowu  narozrabiało Bożyszcze Tłumów. Jego menadżer miał pełne ręce roboty. Czyżby jakiś kumpel wysłał mu w paczce dragi?
- A pan to kto? - Siwowłosy policjant był weteranem. Starał się ostrożnie dobierać słowa. Nikt nie lubił niespodzianek, zwłaszcza takich. Chciał jak najszybciej pozbyć się nieoczekiwanego mieszkańca psiego transportera, którego ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, odkryli pracownicy lotniska. Na szczęście umiał mówić po angielsku, a nawet znał adres.
- Adam Zauber, kiedyś pisarz, obecnie zapracowany właściciel hotelu na odludziu. - Skoro już walił się na niego kolejny problem, to przynajmniej sobie trochę ponarzeka. - Wikt i opierunek wliczony w pokój. - Miał jeszcze wolną piwnicę, może stróż prawa z niej skorzysta. Jedna osoba mniej, jedna więcej, co to za różnica? A on poczułby się nieco pewniej mając go pod podłogą. - Rozrywek też nie brakuje, niektóre nawet ekstremalne. - Tu mężczyźnie przypomniały się ostatnie wyczyny Anioła pod tytułem,, albo mnie zechcesz albo się usmażę bądź utopię".
- Aaa.... Ten od ,,Dawno... dawno... i nieprawda"? Znam. Najlepsza komedia jaką oglądałem. - Sierżant zrozumiał, że trzeba nieco podnieść ofiarę na duchu, zanim zwali jej na głowę ,,małe co nieco". - Niestety zaliczyłem już urlop.
- Taaa... - Westchnął Adam z rozmarzeniem. - Jeszcze pamiętam ten piękny czas, kiedy beztrosko stukałem w klawiaturę. - Na moment zapomniał o przedmiocie rozmowy. - Cichy dom, mewy za oknem, szum oceanu w oddali.
- Demkowicz musi coś odebrać. Znaleźliśmy na lotnisku pośród bagaży. - Mężczyzna nie dał się zbić z tropu elokwentnemu pisarzowi. - To bardzo ważne.
- Wyślijcie ekspresowym kurierem. - Nie rozumiał po co tyle zawracania głowy z jakąś zaplątaną przesyłką. - Raz się żyje. Zapłacę.
- Niestety musi być osobiście do rąk własnych.
- Nie może poczekać? - Uznał, że Demkowicz może się sam pofatygować. Nie chciało mu się tłuc taki kawał do L.A.
- Mowy nie ma. - Spryciarz wyślizgiwał mu się z rąk. Nie na darmo Zauber został określony przez media jedną z najinteligentniejszych osób w Stanach. Policjant nie miał zamiaru dłużej użerać się z małym przestępcą, któremu podczas krótkiego pobytu w komisariacie udało się zepsuć automat do napoju życia czyli kawy, zawiesić system na dobry kwadrans i otworzyć tymczasowe cele. Nie dało się go spuścić z oka nawet na sekundę.
- No dobra. - Adam uznał, że jak mus to mus. - Gdzie mam przyjechać?
- L.A. Komisariat 213, ten na skrzyżowaniu Alei Kasztanowej i Wiśniowej. - Mężczyzna uśmiechnął się pod wąsem. Już prawie, prawie był na finiszu. Przechytrzenie innego lisa było miłym akcentem na koniec ciężkiego dnia.
-  Odkąd policja zajmuje się przesyłkami? - Włączyła mu się czerwona lampka. - Dorabiacie na usługach pocztowych? - Złośliwie nawiązał do ostatniego strajku, kiedy to stróże prawa domagali się podwyżek, bo nawet listonosze lepiej zarabiają.
- Takie czasy proszę pana. - Nie dał się sprowokować. - Policja zamiata wszystkie brudy tego miasta. Do zobaczenia. - Szybko wyłączył telefon. Pisarz najwyraźniej nabrał podejrzeń.
***
   Adam zamówił taksówkę, nie był zbyt dobrym kierowcą i kiedy mógł unikał jeżdżenia samochodem. Rozsiadł się wygodnie i wyciągnął gazetę. Na szczęście nie śmierdziało papierosami. Postanowił sobie zapisać numer właściciela, mógł się jeszcze przydać.
 Po drodze zastanawiał się jakiej nagrody zażąda od Demkowicza za tą nużącą wycieczkę. Nigdy nie widział jak tańczy.  Może zrobi taki prywatny występ, tylko dla niego.
- Znowu się zaczyna. - Klepną się po raz kolejny w czoło. Najwyraźniej z obsesji nie tak łatwo się było wyleczyć jak mu się wydawało.
- O coś pan pytał? - Biedny kierowca nie miał pojęcia, jak zamotany był jego pasażer. Mówiący do siebie ludzie zdarzali sie aż nazbyt często, więc na ogół się nimi nie przejmował.
- Daleko jeszcze?
- Jakieś pól godzinki, to po drugiej stronie dzielnicy.
- Niech pan na mnie zaczeka. Powinienem szybko załatwić sprawę i wracam do domu.
   Kiedy pisarz stanął przed kontuarem na komisariacie policji jego cierpliwość była już na wyczerpaniu. To miał być jego wolny dzień, a on włóczył się po mieście, bo jakiś policjant, nie potrafił przechować w magazynie paczki. Dziewczyna z dredami, natychmiast po podaniu nazwiska z nieśmiałym uśmiechem podała mu do podpisania jeszcze pachnący farbą egzemplarz jego książki, a potem zaprowadziła go do gabinetu komendanta. Nie spodziewał się tylu ceregieli z powodu przesyłki. Zmarszczył brwi i wszedł do środka. Siedzący za biurkiem mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Wskazał na siedzącego na fotelu skulonego, ciemnowłosego chłopca, niesamowicie brudnego i o zgrozo, z mokrą plamą z przodu spodni.
- Oto samobieżna, gadająca, cudem znaleziona przesyłka dla pana Demkowicza.
- Co takiego?! - Pisarz wrósł w ziemię i wytrzeszczył oczy.
- Przedstaw się mały?
- Mitia...- wyszeptał nieśmiało zerkając na Adama. Spodziewał się rozgniewanego brata, który co prawda zawsze dawał mu karę, ale po jej odbyciu całował i wybaczał wszystkie wybryki, a ten nieznajomy wyglądał groźnie, prawie warczał i najwyraźniej miał ochotę skrzywdzić kapitana Kukułę. Nie bardzo wiedział czego się spodziewać. Ale był dużym chłopcem i nie miał zamiaru pozwolić, by ktoś temu zaprzeczał. -  I nie jestem mały, mam osiem lat. - Wydął wargi zupełnie jak Andriei, kiedy był z czegoś niezadowolony.
- Nie bój się. - Pisarz zreflektował się widząc strach w oczach chłopca. Trochę przypominał mu jego samego z czasów, kiedy wiecznie pijani rodzice przestali zajmować się domem. - Zawiozę cię do brata. - Uklęknął przed fotelem. - I masz rację, jesteś wysoki jak na osiem lat, pewnie najwyższy w klasie.
- Nie, Olek jest wyższy, ale musi nosić aparat, by rosną mu krzywe zęby.
- Za ty jesteś najprzystojniejszy prawda?
- Och... - Chłopczyk zarumienił się zakłopotany, jeszcze żaden dorosły nie powiedział mu nigdy komplementu, zawsze wszyscy zachwycali się Andrieiem, ewentualnie Zoją. Wyprostował się, obciągną bluzeczkę i odparł rezolutnie. - Ewa też tak myśli. Powiedziała, ze jestem najładniejszym chłopcem w szkole. Olek się wtedy wściekł i dwa razy włożył mi głowę do kibelka.
- Płakałeś? - Zapytał miękko. Nad nim też się znęcano w szkole, ale nauczył się odgrywać po swojemu.
- Troszeczkę. Ale na następny dzień wrzuciłem mu do soku tabletkę na przeczyszczenie. Pożyczyłem od babci. Latał do tego kibelka do końca lekcji.
- No proszę, prawdziwy Demkowicz, nie tylko przystojny, ale jeszcze elokwentny i zaradny. - Pogłaskał chłopca po główce, natychmiast przestał ukradkiem wycierać niechciane łezki rękawem kurtki. - Proszę o dokumenty. - Zwrócił się do kapitana, który obserwował scenkę z serdecznym uśmiechem. Nie tylko pozbył się psotnego łobuza, ale też znalazł mu całkiem porządny dom. Zauber miał w L.A bardzo opinię honorowego człowieka o szczerym sercu, który nie popuszcza wrogom, ale jest bardzo lojalny wobec przyjaciół.
   Pół godziny później Adam z owiniętym kocem Mitią, któremu zamykały się oczy, siedział już w taksówce. Zatrzymali się jeszcze pod galerią, gdzie kupił kilka niezbędnych sztuk odzieży dla chłopca. W tym czasie czuwał nad nim kierowca.
Po tym co mu opowiedział kapitan, zastanawiał się nad stosunkami panującymi, w tej podobno idealnej rodzinie. Jak to się stało, że taki maluch, zamiast się zwierzyć z kłopotów mamie, wolał powędrować na drugi koniec świata? Andriei będzie mu musiał co nieco wyjaśnić. Tym razem nie pozwoli się zbyć. I guzik go obchodziło, że to jego prywatne sprawy. Wyciągnął komórkę z kieszeni.
- Piękny, czy odebrałeś telefon z domu?
- Nie. A dlaczego pytasz? Byłem zajęty, a dzwoniła jedynie upierdliwa sąsiadka babci. Wiem, że jest w szpitalu, rozmawiałem z nią, ale to nic poważnego. Matka tam będzie niedługo więc się wszystkim zajmie.
- Może jednak powinieneś. - Najwyraźniej staruszka nie chciała nikomu przeszkadzać i wiele ukrywała przed swoimi bliskimi. - A Mitia?
- Musi tam zostać, chodzi do szkoły. - Demkowicza trochę dziwiły te pytania o rodzinę, ale zrobiło się mu przyjemnie, że mężczyzna tak się interesuje jego sprawami.
- No cóż. - Skoro tak, to postanowił nic mu nie mówić. Lekki wstrząs dobrze mu zrobi. - Mam dla ciebie niespodziankę.
- Mała, duża, do jedzenia? W pudełku, jak pachnie, mówi? - Andriei próbował wyciągnąć coś z pisarza.
- Czym szybciej przyjedziesz, tym szybciej ją zobaczysz. - Adam miał wielką ochotę nastawić aparat i uwiecznić wielką chwilę.
- Tęskniłeś za mną prawda? - Doszedł do wniosku, że pisarz dzwonił właśnie z tego powodu. Kilkanaście godzin z dala od niego dłużyło mu się ogromnie. Uzależniał się coraz bardziej od tego pyskatego elfa.
- Phi... Też coś! - Może i mężczyzna miał lekką obsesję, ale z całą pewnością nie przyzna się do niej temu zarozumiałemu Księciuniowi.

środa, 20 lutego 2019

Rozdział 15


   Kiedy tylko ucichł wiatr, a deszcz przestał gwałtownie bębnić o szyby, mimo gwałtownych protestów Andrieia, wezwano karetkę pogotowia. Choć porządnie poturbowany, nie widział powodu opuszczania willi, tym bardziej, że Adam nie zostawiał go samego ani na chwilę. Obrażony na wszystkich leżał na kanapie w salonie i nie pozwalał się dotknąć dwom sanitariuszom, którzy usiłowali przenieść go na nosze.
- Andy, nie zachowuj się jak dziecko. - Jenni w końcu straciła cierpliwość. Uważała mężczyzn za wyjątkowo denerwujące stworzenia, ciągle prężące mięśnie, zgrywające bohaterów w razie pożaru, kiedy to lepiej było sprawy zostawić w rękach fachowców, a blednące i umykające ze strachu na widok niemowlęcej kupy.
- Nic mi nie jest. - Zawzięta mina Aniola świadczyła wymownie, że tak łatwo się nie podda. - Nie ma sensu z powodu paru otarć lecieć od razu na ostry dyżur.
- Nie pleć głupot. - Adam z westchnieniem usiadł obok niego na kanapie. Wyraźnie widział jak krzywił się podczas oddychania. Znał te objawy z autopsji. Wiedział jak bardzo bolą złamane żebra. - Bądź grzeczny i daj się zbadać. - Miał ochotę zlać mu ten durny tyłek na kwaśne jabłko. Najpierw robił za romantycznego kochanka, rodem z trzeciorzędnych telenoweli i omal nie utonął, a teraz leżał z nadętą miną rozpuszczonego księcia, utrudniając pracę sanitariuszom. Odgarnął mu włosy ze spoconego czoła. Ulga jaką odczuł, kiedy w końcu go odnaleźli była ogromna. Poczuł się wtedy tak szczęśliwy, że na moment niemal przestał oddychać. Tak naprawdę nie miał ochoty odstępować go nawet na krok, w obawie co jeszcze wymyśli jego szalona łepetyna.
- Nie ma mowy. - Uwielbiał, kiedy się o niego troszczył. Dla niego było to coś nowego. Wszyscy zawsze opiekowali się i chuchali na Andrieia utalentowanego muzyka, na Andrieia chłopca czy mężczyznę nikt nie zwracał zbytniej uwagi. Postanowił przedłużyć tą chwilę jak tylko się dało, nawet kosztem kilku nieprzyjemnych badań. Przygryzł dolną wargę i rzucił swojej ofierze przeciągłe spojrzenie skrzywdzonej niewinności spod niemożliwe długich rzęs. Jelonek Bambi mógłby się od niego uczyć.
- Ale Andriei. - Adam bezradnie rozłożył ręce. Nie powinien na niego krzyczeć. W końcu to on był odpowiedzialny za wszystko, co się wydarzyło. Biedak najwyraźniej cierpiał, ale nie chciał się do tego przyznać. Pewnie znowu włączył mu się syndrom męskiego mężczyzny. - Wiesz, że odłamki kości mogą wbić się w płuca? Trzeba to sprawdzić. Przecież cię kłuje.
- No chyba że...- Mężczyzna nigdy nie miał okazji, żeby się odrobinę pomazgaić. Wymagający rodzice wiele mu dawali, ale też wiele od niego oczekiwali i nie tolerowali żadnej słabości. Pisarzyna był strasznie słodki, kiedy tak się w niego wpatrywał wielkimi zielono złotymi oczami, a delikatne palce bezwiednie gładziły jego dłoń. Poza tym im więcej fotek strzelą im w szpitalu, tym trudniej będzie Adamowi zaprzeczyć związkowi między nimi. - Pojedziesz ze mną i nie odstąpisz mnie ani na moment?
- Jesteś już dużym chłopcem. - Nie miał ochoty zostawiać Andrieia w obcych rękach, ale od czasu wypadku nie znosił placówek służby zdrowia. Ich zapach kojarzył mu się z najstraszniejszymi chwilami w jego życiu. - Naprawdę potrzebujesz niańki? - Próbował wpłynąć na ego piosenkarza. Niestety nie docenił przeciwnika.
- Nadal jesteś na mnie zły. - Stwierdzeniu towarzyszyło wilgotne spojrzenie na granicy łez. - Przepraszam, nie chciałem sprawić tylu kłopotów. Może Jenni?
- Mnie w to nie mieszajcie. - Aktorka z rozbawieniem obserwowała, kiedy Andriei naprawdę wprawnie, jak na nowicjusza w miłości, urabiał Adama, który nawet nie zdawał sobie sprawy, jak mocno i pewnie te pokiereszowane dłonie trzymały jego serce.
- Niech będzie. - Odezwał się miękko do nieznośnego głuptasa, który na moment wypadł z roli ciężko chorego i z radości usiadł na kanapie, jednak zaraz potem opadł na poduszki, bo z bólu zrobiło mu się słabo. - Ale jak zemdleję na widok zastrzyków, to będziecie mieli dwóch inwalidów do opieki zamiast jednego. - Warknął do lokatorów, których miny wyraźnie wskazywały zadowolenie z wywieszenia przez niego białej flagi.
   Dalej sprawy potoczyły się nawet lepiej niż wymarzył to sobie Andriei. Demkowicz nie miał w tych sprawach najlepszych doświadczeń. Kiedy był chory czy kontuzjowany wiecznie zapracowani rodzice po prostu oddawali go w ręce personelu medycznego. Niejednokrotnie pozostawiali całkiem samego wśród obcych ludzi i odbierali kiedy wydobrzał. Nigdy nie przyszło im do głowy jak samotny i przerażony czuł się mały chłopiec wśród szpitalnych sal. Czasami jedynie babcia, która wtedy pracowała na pełnym etacie i zajmowała się maleńką Zoją, znajdowała dla niego odrobinę czasu, przynosiła mu łakocie oraz książki.
   Tym razem było zupełnie inaczej. Adam bardzo się przejął rolą opiekuna. Niemal cały czas był w pobliżu, trzymał za rękę, ocierał pot, odwracał uwagę podczas nieprzyjemnych zabiegów, przytulał, kiedy tylko skrzywił usta. Pielęgniarki chichotały po kątach. Szeptały między sobą, że jeszcze nie widziały tak słodkiej i oddanej sobie pary.
Najlepsze przyszło na koniec. Kiedy wrócili do domu Adam kazał Georgowi z Bredem przenieść rozkładany fotel, na którym miał zamiar czuwać, do swojej sypialni. Natomiast na łóżku ulokował Andrieia, któremu przez kilka dni lekarze kazali odpoczywać i jak najmniej ruszać, z powodu złamanych żeber.
Mężczyzna zachwycony obrotem sprawy leżał po królewsku i dyskretnie obserwował Adama, który najwyraźniej bardzo zmęczony, usiłował jeszcze coś poczytać przed snem. Uznał, że nawet w tej paskudnej piżamie, tym razem ze złotą rybką, wyglądał całkiem uroczo. Jak tylko wyzdrowieje, będzie musiał się zająć jego garderobą. Wstyd, żeby znany pisarz ubierał się tak tandetnie.
- Adaś...- Pomacał puste miejsce obok siebie. Czegoś lub raczej kogoś tutaj brakowało. Doszedł do wniosku, że pisarz był stanowczo za daleko. Gdyby wyciągnął rękę, mógłby go dotknąć ale...
- Śpij człowieku. - Oczy same mu się zamykały. Książka wypadła z rąk na podłogę. Nie chciało mu się nawet schylić by ją podnieść, a książę nadal siedział na poduchach i marudził. Skąd miał na to jeszcze tyle siły? Cały dzień spędzili w szpitalu na badaniach i do domu dotarli dopiero po zmierzchu.
- Adaś...- Lubił powtarzać jego imię. Brzmiało tak jakoś ciepło i miękko, przywodziło na myśl dom.
- Czego się wiercisz? - Zaniepokoił się pisarz. Każdy inny człowiek już dawno by padł. Musiał przyznać, że Demkowicz nawet chory i zmęczony, miał więcej energii niż przeciętny zjadacz chleba. - Boli cię coś?
- Zimno mi...- Naciągnął kołdrę aż pod szyję i usiłował wyglądać najżałośniej jak potrafił. Jego nauczyciel aktorstwa mógłby być dzisiaj z niego dumny.
- Dam ci koc. - Podniósł się z fotela i wziął do ręki termometr. - Może masz gorączkę? - Usiadł na łóżku i nachylił się nad mężczyzną. Przyłożył metalową końcówkę do czoła, ekranik pokazał normalną temperaturę.
- Zostań na moment. - Andriei błyskawicznie skorzystał z okazji. Złapał go za koszulkę i przytulił policzek do boku.
- Zamknij w końcu oczy. - Nie chciał się wyrywać. Mógłby zranić głuptasa. - Dostałeś tyle leków przeciwbólowych, że powaliłyby nawet konia. - Ramiona oplotły go w pasie.
- Zapomnieli o witaminie A. - Zamruczał na granicy snu.
- Jesteś niemożliwy. - Jeśli chciał w końcu się przespać, musiał ustąpić. Ciepłe, spragnione odrobiny czułości ciało tuliło się do niego, niczym zbłąkany psiak. Nie miał serca go odepchnąć. - Witamina A. Też coś! - Burknął pod nosem. Ten mężczyzna coraz częściej sprawiał, że jego wewnętrzne bariery zaczynały się chwiać, pękały grube mury chroniące, pracowicie poskładane z kawałków serce. Adam bardzo się bał, zbyt mocno został zraniony, ale z drugiej strony miał wielką ochotę spróbować jeszcze raz.
***
   Minęło kilka dni wytężonej pracy dla Adama, który oprócz harówki dla Performance miał jeszcze na głowie pojękującego Księciunia nie zadowalającego się, jak na przedstawiciela arystokracji przystało, byle czym oraz błogiego lenistwa dla Andrieia łażącego za pisarzem krok w krok  i cieszącego się niczym dziecko każdą spędzoną w jego towarzystwie godziną. Teraz właśnie rozpierał się w wygodnym fotelu pośrodku kuchni, opatulony dwoma kocami, i obserwował jak robił ciastka ze skwarek jednocześnie co chwila podbiegając do laptopa by skreślić kilka linijek tekstu. Podziwiał jego godną pozazdroszczenia podzielność uwagi. Wyciągnięta z piekarnika porcja złocistych półksiężyców, pachniała wyjątkowo zachęcająco. Przełknął ślinę, nie miał zamiaru wyhodować sobie oponki. Adam jednak nie miał takich obiekcji. Bez żadnych wyrzutów sumienia podżerał co lepsze egzemplarze, z niezwykle błogą miną. Tymczasem Demkowicz z nawyku przeliczał w myślach, ile długości basenu musiałby przepłynąć, aby spalić pochłonięte kalorie. Inna sprawa, że te przymrużone z przyjemności oczy, na wpół rozchylone usta i twarz nawiedzonego elfa, coraz bardziej kojarzyły mu się z czymś zupełnie innym.
- Adam...- zamruczał melodyjnie. Nie potrafił oderwać wzroku od delektującego się słodyczami łasucha. Koniuszek różowego języka raz po raz zlizywał z palców resztki lukru. - Och.. - Westchnął i ostrożnie się przeciągnął. Żebra nadal bolały. Skoro mieli się bawić, to we dwoje. - Adaś...- Z satysfakcją zauważył, że gładko wygolone policzki poczerwieniały.
- Mhm...Yhy .. Yhy... - Pisarz omal się nie udławił przełykanym właśnie ciastkiem. Syreni śpiew Anioła, za każdym razem, robił na nim ogromne wrażenie. Początkowo sądził, że w końcu się do niego przyzwyczai i przestanie robić mu z mózgu drżącą galaretę. Najwyraźniej potrzebował jednak więcej czasu.
- Chyba trochę mi słabo. - Nie spuszczał oczu z jego warg. Chętnie scałowałby z nich okruszki.
- Wyglądasz całkiem zdrowo. - Popatrzył podejrzliwie na swojego kłopotliwego podopiecznego. Ubrany w elegancką piżamę, nienagannie uczesany i pachnący, bynajmniej nie wyglądał na chorego i najwyraźniej czuł się w jego domu jak we własnym. Wodził go za nos oraz inne, wrażliwsze części ciała, od kilku dni. Zakłopotany pisarz musiał przyznać, że coraz bardziej mu się to podobało. Obsesja na punkcie wyglądu, pedantyzm i wielkopańskie maniery raczej go bawiły niż irytowały. Z pięknej twarzy mógł czytać niczym z otwartej książki. Przebiegło naiwna mina z jaką się za nim skradał była naprawdę urocza. Ostrożność nakazywała mu się jednak trzymać w odpowiedniej odległości od jego zachłannych dłoni. W końcu Andriei był rekonwalescentem, a on nadal niezupełnie przekonany, czy chce się angażować w związek z kilka lat młodszym mężczyzną.
- Bo stoisz za daleko, z tej odległości słabo widać. - Demkowicz nie miał zamiaru się spieszyć. Potrafił być cierpliwy. Nie chciał spłoszyć tego słodkiego elfa. - Spędzasz zbyt dużo czasu przy komputerze. Na pewno zepsułeś sobie wzrok.
- No dobra...- Zrobił parę kroków do przodu. - Poza tym, że jesteś trochę blady, wyglądasz całkiem normalnie. - Cwany Anioł siedział spokojnie, co go nieco ośmieliło. Ręce trzymał nieruchomo pod kocem. - Co ty właściwie kombinujesz? - W jakiś sposób przypominał mu przyczajonego w trawie kota sąsiadki.
- Miałeś kiedyś kurs pierwszej pomocy? - Kompletna zmiana tematu zaskoczyła pisarza, który podszedł jeszcze bliżej. Stanął obok fotela.
- Sztuczne oddychanie i te sprawy? Zrobili nam nawet z tego test. Ale to było dawno, jeszcze w liceum. - Wytarł ręce do ścierki. Potrząsnął głową. Ołówek, który jak zwykle podtrzymywał w górze jego włosy, upadł na podłogę. Jasne pukle opadły na ramiona.
- Yhy... - Na ułamek sekundy stracił wątek. - Tutaj jest niebezpiecznie. Wiesz, te huragany i powodzie. Może powinieneś przypomnieć sobie podstawy?
- Co ja z tobą mam. - Pochylił się i cmoknął go w usta.
- Tak nikogo nie uratujesz. - Adam nie miał pojęcia, kiedy znalazł się u Anioła na kolanach, który z wielkim zapałem wykorzystywał status inwalidy. Wiedział, że  nie odważy się go odepchnąć. Chciwe usta szybko uczyły się jego najsłabszych punktów. Każdy następny pocałunek okazywał się coraz bardziej obezwładniający i upajający. Obu pochłoniętych sobą mężczyzn przywrócił do przytomności dopiero swąd palących się ciastek.
                                                                        ***
   Zoja, ze zmarszczonymi brwiami, obserwowała mizdrzących się do siebie artystów. Nie odważył się jednak przerwać tej sielanki, bo po piętach deptała jej Celina. Od wypadku na plaży stała się jej cieniem. Czyżby coś podejrzewała? Dziewczyna postanowiła być ostrożniejsza. Następny krok, jeśli nie chciała zostać odesłana do domu, musiała staranniej przemyśleć. Na pomoc przyszedł jej czysty przypadek. Andriei w końcu zasnął na tarasie i przestał się plątać pod nogami. Znudzony Adam siedział w salonie na kanapie i przełączał kanały w telewizorze. Zakochani ludzie są bardzo spostrzegawczy. Szybko zauważyła, że skrupulatnie omijał te programy i filmy, w których były obecne małe dzieci. Postanowiła wybadać mężczyznę.
- Nie lubisz maluchów? - Kiedyś chciała założyć z nim rodzinę, więc ta sprawa była dla niej ważna. Nie planowała dużej gromadki pociech, dwójka zupełnie by jej wystarczyła.
- A co tu jest do lubienia? - Skrzywił się pisarz. Dziewczyna była zbyt dociekliwa, co niezbyt podobało się skrytemu z natury mężczyźnie. Miał swoje powody do takiego zachowania, ale nie miał się z niego zamiaru tłumaczyć wścibskiej smarkuli.
- Jak to? Wszyscy kochają bobasy. - Naprawdę zaskoczył ją swoją reakcją. Rzadko który dorosły przyznałby się do czegoś takiego.
- Dlaczego? - Postanowił zupełnie zbić z tropu młodocianą panią detektyw i nieco ją do siebie zrazić. Ostatnio jakoś lubił ją coraz mniej. Często czuł na siebie wzrok Zoji, kiedy wpatrywała się w nich ze zmarszczonymi brwiami jakby coś głęboko rozważała, z pewnością nie pochwalała jego związku z bratem. Kto wie, co chodziło tej pannicy po głowie. - Śmierdzą z jednego końca, bekają z drugiego, a jak podrosną drą się i pyskują.
- Och... Nie chcesz mieć dzieci? - Oczy dziewczyny zrobiły się niemal okrągłe. tego się nie spodziewała.
- Mam psa, jest o wiele milszy. - Skrzywił się jakby go coś zabolało. - Chyba powinnaś zająć się tłumaczeniem. Zostało ci jeszcze kilkanaście stron tekstu. Potrzebuję to za dwa dni.
- Przepraszam. Już się do tego zabieram. - Stwierdziła potulnie. Wyczuła, ze przekroczyła jakaś granicę do której na razie nie powinna sie zbliżać. Posłusznie udała się do gabinetu, gdzie przez godzinę naprawdę sumiennie pracowała. Prawie połowa kartek była już gotowa, kiedy zadzwonił telefon.
- Hehejki. - Rozległ się cieniutki, nieśmiały głosik.
- Mitia, przeszkadzasz mi w pracy. - Nie lubiła, kiedy jej zawracał głowę.
- Wy tylko pracujecie i pracujecie, a ja mam za trzy dni ferie. - Stropiony chłopiec przez kilka dni myślał i wahał się, zanim zadzwonił do siostry. Czasem bywała dla niego całkiem miła. Nie chciał zostać w domu z babcią, która ostatnio coraz częściej traciła do niego cierpliwość. Może dlatego, że ciągle bolała ja noga?
- To się ciesz. - Chciała się jak najszybciej pozbyć natrętnego braciszka. Nie miała najmniejszej ochoty zastępować mu wiecznie nieobecnych rodziców.
- Fajnie być takim maluchem.
- Wcale a wcale. - Zrobiło mu się smutno. Nawet nie zapytała się o oceny, ani o babcię, chociaż wiedziała, że ostatnio często choruje. Jego koledzy chwalili się w domach piątkami, widział jak mamy po wyjściu z wywiadówki całują ich za dobre stopnie, zabierają na lody. Kartkę z jego półrocznymi ocenami pani wysłała pocztą. -  Andy mi obiecał wycieczkę.
- I...? - Mały strasznie się rozgadał. Juz miała wyłączyć telefon, kiedy...
- Jakaś ty głupia. - Postanowił nie odpuszczać, nawet jeśli Zojka się obrazi. -Nie chcę mu przeszkadzać. Pewnie też jest zajęty.
- Ależ skąd. - W głowie zapaliła jej się czerwona żarówka. Mitia był bardzo kłopotliwym bachorem, pomysłowym, ruchliwym niczym pchła i bardzo głośnym. Ciągle śpiewał, gadał jak nakręcony i podskakiwał. To była woda na jej młyn. - Nie martw się. Zaraz mu o tym przypomnę. Nie ma tutaj żadnych znajomych, więc na pewno ucieszy się z twojego przyjazdu.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Rozdział 14

   Domek gościnny został zamknięty, walizki stały na progu, a w pobliżu nie  było widać żywego ducha. Wyglądało na to, że znany wszystkim Anioł został właśnie bez dachu nad głową, a właściciel lokum skreślił go grubą krechą z listy lokatorów. Obaj powracający do willi mężczyźni nie zauważyli najmarniejszej kartki, żaden z nich nie otrzymał wcześniej nawet zwykłego sms' a czy maila z wyjaśnieniami. Trzymający się dwa kroki z tyłu Luis miał ochotę krzyknąć - a nie mówiłem!
- I co teraz mistrzu?
- Kto jak kto, ale ty powinieneś znać słowo - negocjacje. - Andrieia, chociaż był przygotowany na awanturę, mocno dotknął widok zamkniętych drzwi. Zabolało. Przygryzł wargę.
- Niby tak, ale to mi raczej wygląda na otwartą wojnę. - Menadżer wskazał na opuszczone żaluzje. - Niż próbę pokojowego rozwiązania konfliktu. - Nie miał najmniejszego zamiaru wtrącać się do sporu dwóch, temperamentnych artystów. Czuł się wciśnięty, wbrew swojej woli, między młot a kowadło, a jego instynkt samozachowawczy ja zwykle zadziałał bez pudła. Jeśli pomógłby tym gorącokrwistym gołąbkom oberwałby od wytwórni, Demkowiczów oraz Katii. I odwrotnie.
- Czy to nie ty przy każdej okazji wypominasz, jakim to jesteś niedocenionym fachowcem? Pokaż klasę i wymyśl coś. Przez tyle lat użerania się z kontraktami powinieneś nabrać wprawy w pertraktowaniu. - Nie rozumiał dlaczego musiał się zakochać akurat w tym nieznośnym grafomanie. Czy piękne oczy i smakowity tyłek wynagrodzą mu kiedykolwiek wszystkie trudy jakie musiał ponosić? Zawsze był swoim największym wrogiem, ale teraz przeszedł samego siebie. Do tej pory robił wszystko pod dyktando innych, próbował zadowolić rodziców, nauczycieli, producentów, fanów. Od dawna lat miał poczucie spętania. Coś się w nim jednak zmieniło odkąd poznał Adama. Zobaczył przed sobą wiele dróg, możliwości o których nie miał pojęcia, których nie dostrzegał lub nie chciał dostrzec. Strach, który kontrolował do tej pory jego życie, nagle go opuścił. Postanowił już nie robić niczego wbrew sobie i być zwyczajnie szczęśliwym. Nie buntował się jako nastolatek, więc może właśnie teraz przyszedł na to czas... Poczuł na twarzy powiew wolności, a może to była jedynie bryza od oceanu.
- Nie śmiałbym wychodzić przed szereg. - Ukłonił się nisko Luis. - I tak prawie nigdy mnie nie słuchasz.
- Spróbuj.
- Urodziłem się tchórzem, o największy z Cudów, a Zauber ma okropną opinię. Podobno atakuje jak tornado i zmiata wszystko na swojej drodze. -  Poważnie zaniepokojony zachowanie swojego podopiecznego menadżer postanowił, że tym razem Andriei będzie musiał sam posprzątać bałagan jakiego narobił.
- No proszę, zatrudniam sztab ludzi, a na koniec i tak wszystko muszę robić sam. - Luis najwyraźniej nie miał zamiaru mu pomóc. Jak Adam mógł go do tego stopnia zignorować? Czy nie zasługiwał nawet na kilka słów wyjaśnienia? O nie! Nie pozwoli mu się tak traktować! Mężczyzna zawrócił i ruszył do willi.
- Twoja wdzięczność nie zna granic. Nie wiem czy zauważyłeś, ale mamy tutaj do czynienia ze sprawami osobistymi, a nie zawodowymi.
- I co z tego? Ja tam nie widzę żadnej różnicy. - Kątem oka zobaczył jak menadżer chyłkiem wycofuje się i zmierza do samochodu. I bardzo dobrze. Był dorosły i nie potrzebował niańki. A jeśli pisarzyna myślał, że tak łatwo się go pozbędzie to całkiem oszalał. Już on mu pokaże, co to znaczy ,,prawdziwy mężczyzna". Przypomniał sobie słodkie uczucie, kiedy trzymał go w ramionach. Zatrzymał się i głęboko odetchnął. Odnalazł DOM i prędzej skona na jego progu, niż da się wyrzucić.
                                                                    ***
   Andriei z bijącym szybko sercem, duszą na ramieniu, ale determinacją wypisaną na pięknej twarzy, wszedł stanowczym krokiem do willi Luogo di Silencio. Od razu w holu został zaatakowany przez zmartwioną Jenni, która po części czuła się winna całej sytuacji.
- Piękny. Nikt ci nie mówił, że sprawy sercowe, zwłaszcza między znanymi osobami, najpierw omawia się w cztery oczy, a potem ogłasza całemu światu?! - Dźgnęła go mocno palcem w pierś.
- Ała... Schowaj szpony kobieto. Wiesz, ile jest warte to ciało?
- W dupie mam twoje ciało! Szkoda, że nie mam przynajmniej porządnego kija idioto! - Wzrokiem omiotła hol w poszukiwaniu broni, którą mogłaby przemalować na filetowo przystojną buźkę.
- Znasz Adama? - Starał się zejść z pola rażenia rozwścieczonej kobiety.
- Znam, chyba lepiej od ciebie.
- A zauważyłaś, jak nerwowo reaguje i jakie ma tendencje ucieczkowe na najmniejszy przejaw uczuć ze strony innej osoby? - Okrążała go to z jednej to z drugiej strony. Dlaczego u licha kobiety były zawsze takie zawzięte?
- No skądże, psychologu od siedmiu boleści! - Warknęła z przekąsem. - Widziałam jedynie przerażający atak paniki u dorosłego faceta, wywołany przez twoje mistrzowskie wyznanie  i omal nie padałam trupem z wrażenia. - Doszła do wniosku, że jeśli zamorduje Anioła, zrobi wielką przysługę Adamowi, który może wtedy okaże litość i nie wyrzuci ją razem z nim na bruk.
- Było aż tak źle? - Zatrzymał się gwałtownie. Serce ścisnęło się mu boleśnie.
- Yhy...- Zrobiło się jej żal bałwana. Jeszcze nigdy nie widziała tyle smutku w czarnych oczach.
- Odkręcę to. Przysięgam. - Przygryzł dolną wargę. Zawsze to robił, kiedy miał poważny problem do rozwiązania.
- Ciekawe jak. Zamknął się w swoim gabinecie, zaraz po tym, jak wywalił twoje klamoty na bruk. - W Jeni jakimś cudem wstąpiła nadzieja, że jeszcze nie wszystko było stracone. Demkowicz wyglądał na bardzo zdeterminowanego.
- Nie sądziłem, że aż tak go zdenerwuję. - Na wzmiankę o panice Adama poczuł strach. W żadnym razie nie chciał go skrzywdzić. Czy posunął się za daleko? Może powinien rozegrać to jakoś delikatniej?
- Takie ekstremalne zachowanie nie jest normalne. - Postanowiła dokładniej pogrzebać w przeszłości pisarza. Każda wskazówka mogła być cenna, by rozwiązać dramatyczna sytuację. - Powinniście się najpierw lepiej poznać.
- Teraz? Niby jak? Będzie ciężko przez dziurkę od klucza. - Westchnął. Czekało go naprawdę trudne zadanie.
- Jak się okaże, że go znowu skrzywdziłeś, znajdę sposób by cię zatłuc. George i Bred mi pomogą. - Machnęła mu ostrzegawczo przed nosem szponami.
- Jeni. - Niespodziewanie ujął jej twarz w dłonie i poważnie spojrzał w oczy. - Moje uczucia do Adama to nie jakiś żart, czy przelotne zauroczenie, jak sądzi mój menadżer.
- A jak tam twoja orientacja?- Nadal nie do końca dowierzała w jego deklarację. Dla niej wszystko toczyło się zbyt szybko. W dodatku nigdy nie słyszała o homoseksualnych skłonnościach Anioła, a takich rzeczy w ich środowisku nie dało się ukryć. -  Wiesz, że on jest facetem, czy całkiem ci się pokręciło?
- Masz mnie za kompletnego buraka, w dodatku ze słabym wzrokiem? - Zdenerwował się Demkowicz. Tak naprawdę Jeni miała sporo racji, sam się sobie dziwił. Miał jednak stuprocentową pewność, chyba po raz pierwszy w życiu, do tego co właśnie czuł.
- Niedokładnie, ale blisko... Bardzo blisko... - Włożyła ręce do kieszeni. Może Anioł, nie był mimo wszystko aż tak głupi, jak myślała?  Wyglądał na szczerego, a ją raczej trudno było oszukać w sprawach uczuć. Miała zamiar modlić się do każdego boga, o którym słyszała, by się mu udało.
- Przepuścisz mnie? - Zapytał już o wiele łagodniej. Aktorka okazała się prawdziwą przyjaciółką pisarza. Nigdy jej tego nie zapomni. W show biznesie rywalizacja była ogromna, a przyjaciele rzadcy niczym bezcenne skarby.
- Proszę bardzo. - Patrzyła jak powoli podchodzi pod drzwi gabinetu i delikatnie puka. Odwróciła się i cicho, by nie przeszkadzać, wróciła do swojej sypialni. Włączyła tableta i zamieniła z piękności z południa w naprawdę skrupulatnego detektywa. Nie na darmo gazety nazywały ją Królową Plotek. Jeśli pisarz coś przed nimi zataił, wyrwie to choćby spod ziemi.
***
   Demkowicz chwilę postał pod drzwiami. Nie doczekał się jednak żadnego odzewu. Słyszał, jak ktoś gwałtownie usiadł w bujanym fotelu. Wyglądało na to, że Zauber nadal był wściekły i nie miał zamiaru odpuścić.
- Adaś... Adam...- zaczął łagodnie, usiłując nie rozdrażnić jeszcze bardziej pisarza.
- Spierdalaj...! - Nie miał zamiaru dać się nabrać kolejny raz na syreni śpiew łajdaka. Andriei aż drgnął, tyle było w tym krzyku gniewu i głęboko ukrytego żalu. O wiele wrażliwszy na dźwięki niż większość ludzi wychwytywał najmniejsze niuanse. Coś ciężkiego, prawdopodobnie książka, uderzyło o klamkę, która gwałtownie podskoczyła.
- Przecież ten wywiad nie mógł być dla ciebie aż takim zaskoczeniem. Doskonale wiesz, co do ciebie czuję...- Spróbował delikatnej perswazji.
- Nie mam pojęcia, co ty do mnie czujesz...- Zdenerwował się jeszcze bardziej. Ten facet ubliżał jego inteligencji. Naprawdę sądził, że padnie mu w ramiona po ckliwych tekstach dla nastolatek?
- Kocham cię. - Te dwa ciche słowa wypowiedziane miękkim głosem spowodowały, że Adam potrząsnął głową, jakby chciał coś z niej wyrzucić.
- Rudej i Katii też to mówiłeś?! - Na szczęście Zoja pokazała mu te wiele mówiące zdjęcia, inaczej mógłby, mimo targających nim sprzecznych emocji, ulec.
- Skąd wiesz o Elenie? To stare dzieje. Jeszce z liceum...- Demkowicz był naprawdę zaskoczony. Niewiele osób wiedziało o jego starej miłości - jedynie rodzice , Zoja i menadżer. Która z nich ośmieliła się opowiadać o jego prywatnych sprawach?
- Łatwo ci to przychodzi. Chyba lubisz zmiany. Rude, brunetki, a teraz przerzuciłeś się na blond?!
- Adaś, nie masz pojęcia o czym mówisz. - Sprawa z Eleną wpłynęła na niego bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a stare rany nadal bolały. - Chyba nie jesteś zazdrosny o dziewczynę sprzed siedmiu lat?
- Zazdrosny? - Zauber aż się poderwał z krzesła. Fanki zrobiły z mózgu Pięknego koktail. Najwyraźniej pławił się w samo zachwycie. - Ty rozpuszczony dzieciaku! Niby o ciebie?!
- Na to wygląda. - Mimo sytuacji uśmiechnął się pod nosem. Z pewnością miał rację. Pisarzyna go lubił. Naprawdę lubił i tylko to się w tej chwili dla niego liczyło. Inaczej dlaczego by się tak pieklił? Teraz mógł wrzeszczeć na niego do woli.
- Kretynie! - Zazgrzytał zębami ze złości. Palące uczucie w piersiach na pewno nie było zazdrością! Wysunął z uporem szczękę. To wściekłość. Tak. Na pewno wściekłość. - Zjeżdżaj z manatkami do L.A!
- Kocham cię i nigdzie się nie wybieram - odpowiedział spokojnie. Może jeśli będzie to powtarzał wystarczająco często, coś w końcu dotrze do tego upartego osła. No cóż. Namiot choćby najbardziej komfortowy nie przypominał niestety hotelu. Andriei miał tylko nadzieję, że się nie upiecze na trzydziesto stopniowym upale.
- W moim domu na pewno nie zostaniesz! - Zauber był przekonany, że rozpuszczony Książę nie wytrzyma na plaży nawet trzech dni, a tutaj nigdy więcej nie pozwoli mu wrócić. Zwłaszcza teraz, kiedy wiedział, jak czułe potrafią być duże dłonie, jak silną sieć potrafił tkać anielski głos wokół jego duszy.
- Ale plaża jest publiczna, a ja skołowałem sobie przytulny kącik. - Uśmiechnął sie pod nosem kolejny raz. Odkąd w głosie Adama przestał słyszeć ból, a jedynie złość, kłótnia zaczęła mu sprawiać frajdę.
- Wariat! Poszczuję cię psem! - Wstyd. Pisarz złapał się na tym, że zaczął tupać z bezsilności nogami niczym dziecko.
- Akurat. Twoje bydlę boi się nawet królików. - Na mężczyźnie ta groźba nie zrobiła żadnego wrażenia. Miejscowe psisko choć wielkie, na ogół robiło za dywanik, bądź żebrało pod stołem o przekąski.
- Pierwsze tornado, zmusi cię do odwrotu. - Adam był pewny swego. Andriei chyba nie miał o tym pojęcia,  a ta informacja powinna dać mu do myślenia. - Demolują wybrzeże przynajmniej raz w tygodniu.
- Najwyżej utonę z miłości. -  Grafoman najwyraźniej chciał go wystraszyć. Jakby było tak niebezpiecznie, nikt nie stawiałby tutaj domu. - Romantyczna śmierć. Powinna się spodobać moim fanom.
- Szybko ci się znudzi biwakowanie. - Adam nie wyobrażał sobie, tego kochającego wygody lalusia, jako harcerza piekącego kiełbasę na ognisku i jedzącego chleb doprawiony piaskiem.
- Nie docenisz mnie. Kocham cię i będę tu koczował choćby do końca życia. - Miał jednak cichą nadzieję, że nie potrwa to aż tak długo. Odrobina litości tliła się chyba w tym twardym sercu?
- Nigdy... - Wspomnienia znowu wróciły. Była żona dała mu naprawdę solidną lekcję. - Nigdy do mnie nie mów o miłości i końcu życia w jednym zdaniu! - Andriei zerwał się z podłogi. Drzwi zadrżały od uderzenia. Powstała na nich długa rysa. Czyżby tym razem pisarz rzucił w nie fotelem, na którym wcześniej siedział? Ależ ten facet miał temperament. Najwyraźniej nie było sensu się dalej z nim sprzeczać, tym bardziej, że ból znowu wrócił. Słyszał to wyraźnie.
- Kocham cię. W końcu w to uwierzysz. - Nie miał wyjścia. Musiał przeczekać burzę. Obawiał się tylko, że może to potrwać naprawdę bardzo długo i jego piękna skóra, na kalifornijskim słońcu, wyschnie niczym rodzynka. Miłość wymagała poświeceń i z tym nie miał zamiaru dyskutować. Grafoman wyglądał na bardzo upartego, więc jak tak dalej pójdzie, po wielu latach znajdą na plaży jego zmumifikowane szczątki. Trudno.
- Daj znać, kiedy ci przejdzie. - Zbytnia natarczywość mogła jedynie wszystko zepsuć. Adam musiał uporać się ze swoimi demonami. - Wtedy porozmawiamy jak dorośli. - W odpowiedzi coś równie dużego jak bujak rąbnęło w drzwi. Rysa się powiększyła. Andriei uznał strategiczny odwrót za najlepsze wyjście. Złapał stojące na progu domu walizki i ostrożnie zaczął schodzić po stromych schodach w dół. Nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. Trochę ćwiczeń fizycznych, na które ostatnio nie miał zbyt wiele czasu, dobrze mu zrobi. Wkrótce jednak pożałował swojej beztroski.
Zdyszany, po dwóch godzinach ciężkiej pracy, padł na piach. Rozczochrany, brudny, z poobijanymi palcami nie miał ochoty się nawet umyć. Gdyby go teraz zobaczyły fanki umarłyby z żalu nad losem swojego księcia. Przed nim stał jednak porządnie rozbity namiot, poukładał w nim swoje rzeczy, a nawet rozścielił materac do spania. Ogrodził kamieniami miejsce na ognisko. Nie był aż takim mieszczuchem jak sądził pisarz. Gwiazdy jasno świeciły, ocean szumiał cichutko, jedynie od czasu do czasu rozlegał się plusk, wyskakującej ponad powierzchnię wody, ryby. Zapowiadała się pogodna noc.
                                                             ***
   Pozostali mieszkańcy willi Luogo do Silencio starali się trzymać jak najdalej od konfliktu między Adamem i Andrieiem. Nie mieli ochoty paść jej ofiarami. W przeciwieństwie do hotelu, tutaj czuli się jak w domu. Celina wspaniale gotowała, o nic nie musieli się martwić, a Zauber był całkiem miłym gospodarzem, o ile przestrzegali spisanych wcześniej ustaleń. Przez kilka dni chodzili niemal na palcach. Każdego wieczora zbierali się całą gromadką na skarpie za domem, skąd mogli obserwować zawziętego Anioła walczącego z uporem, o serce powarkującego coraz ciszej, pisarza.
- Co za marnotrawstwo - wzdychała Jenni, podziwiająca przez lornetkę nagą klatkę Andrieia. - Ładnie mu z opalenizną.
- Jemu we wszystkim ładnie. - Bred był nieco zazdrosny. Dziesięć lat robiło kolosalną różnicę. Kiedyś i on posiadał takie gładkie mięśnie.
- Kiedy oni w końcu przestaną? - George obawiał się, że ten pokaz silnej woli skończy się dla Anioła szpitalem z powodu udaru słonecznego. - Cała nadzieja w nadchodzącym huraganie. Z pewnością przywróci mu rozum.
- Ja bym się na twoim miejscu nie zakładała. - Aktorka w zamyśleniu pokręciła głową. - On razem z sercem stracił kompletnie rozsądek. - Żadne z nich nie usłyszało cichych kroków za plecami.
- Czy wy nie macie już co robić? - Wywarczał Adam. Wstrętni spiskowcy, podgryzali rękę która ich karmiła i użalali się nad skwierczącym na upale kretynem. Miał jednak niewielkie poczucie winy. - Potem jęczycie, że próby się przeciągają. A ćwiczyć role niełaska?
- Jak możesz go tak torturować? - Jenni wyraźnie była pod wrażeniem piosenkarza. Dla niej nikt nie wysilił się nawet na własnoręcznie ugotowaną kolację. Głupi faceci myśleli, że wszystko załatwią przy pomocy forsy.
- Sam się prosił. - Tak naprawdę, nie spodziewał się, że Andriej weźmie aż tak poważnie swoją deklarację. - Dzisiaj wróci do L.A. W radiu zapowiadali tornado. Fale mogą osiągnąć wysokość budynku. - Machnął lekceważąco ręką. W duszy jednak odczuwał niepokój. Mały namiot pośrodku ogromnej plaży wyglądał dzisiaj dziwnie samotnie i jakoś bezbronnie.
- Obyś miał rację. - George miał złe przeczucia. Znał podobnych Andrieiowi facetów, sam taki był przez sporą część swojego życia. Im bardziej piętrzyły się trudności, tym większą odczuwał ochotę do walki. A jeśli do tego dodać bezcenny skarb do zdobycia w tle...
                                                                 ***
    Nadszedł wieczór, wiatr wzmagał się coraz mocniej, o szyby zaczął bębnić deszcz. Zoja , która do tej pory, z powodu rozwoju wypadków, w duszy szalała z radości, przekonana, że wkrótce wytwórnia zmusi brata do powrotu na Ukrainę, teraz otworzyła okno i stanęła jak wryta. Ciemniejące w przyspieszonym tempie niebo raz po raz zaczęły rozdzierać błyskawice. Wiatr tworzył coraz większe wiry z piasku. Struchlała. Chciała pokonać Andrieia, ale nie w ten sposób. Czasami, w chwilach największej rozpaczy i bezsilności,  przychodziło jej do głowy, że śmierć jednego z nich, tak naprawdę byłaby najlepszym rozwiązaniem. Miałaby wtedy pisarza tylko dla siebie. Ale to były jedynie sekundy. Mimo wszystko stanowili z Andrieiem rodzinę. Do tej pory zawsze się wspierali. Wychyliła się mocniej. W dole, gdzie przedtem rozpościerała się złocista plaża, teraz panowały kompletne ciemności, mimo, że słońce jeszcze całkowicie nie zaszło. Chwilami migało niewielkie światełko, rzucane przez silny reflektor, zawieszony przed namiotem.
- Panie Zauber, trzeba go stamtąd zabrać. - Dziewczynie trzęsły się ręce. Zauważyła, że wszyscy stojący na tarasie skąd mieli dobry widok na plażę, byli wystraszeni.
- Sam wróci jak porządnie zmoknie. - Adam powoli tracił swoją pewność. Ten facet naprawdę oszalał! Naprawdę chciał ryzykować życiem?
- Nie bądź głupkiem. - Jenni wręczyła mu kurtkę, którą upuścił ze złością na podłogę.
 - Nie znoszę szantażystów. - Była żona igrała z nim tak każdego dnia. Niestety o jeden raz za dużo. Oboje zapłacili najwyższą cenę.
 - Wy się tutaj sprzeczacie, a on tam utonie. - Zdenerwował się George i sięgną po ubranie. Na ten widok wszyscy się poderwali. Celina została na miejscu na wszelki wypadek, jeśli trzeba by było wezwać pomoc z zewnątrz. Protestującą ze wszystkich sił Zoję zamknięto w składziku, który miał tylko jedno maleńkie okienko pod sufitem. Szalejąca z niepokoju nastolatka byłaby zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale dla nich wszystkich. Ostatni wyszedł z domu Adam. Huk oceanu był ogłuszający. Deszcz zacinał prosto w oczy.
- Zostańcie. - Wysforował się do przodu i rozpostarł ramiona. - Ja go do tego popchnąłem i ja go stamtąd wyciągnę.
- Nie wiem, który z was jest większym wariatem. - Bred przytomnie wziął ze sobą grubą linę, którą teraz przewiesił przez ramię.
- Idziemy wszyscy. - George rozdał im kapoki wiszące zwykle w kącie holu. - Musimy współpracować. -Adam porwał od razu dwa i rzucił się do schodów prowadzących na plażę. Wiatr wył i zawodził. Słona woda zalała mu twarz. Prawie nic nie widział.
- To niemożliwe. - Jeni była przerażona. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej zapowiadało się na niewielką burzę. Prognozy w telewizji były raczej optymistyczne inaczej nigdy by nie pozwoliła Aniołowi na kontynuację tej farsy. Wyciągnęłaby go z namiotu za czarne kudły.
- Uważajcie, mokre są cholernie śliskie. - Kiedy Zauberowi udało się zejść do połowy drogi, złapał  zbielałymi palcami mocno za barierkę i z drżącym sercem spojrzał w dół. Błyskawica na moment oświetliła plażę. Fale rycząc rzuciły się w jego kierunku. Usiłowały ściągnąć skamieniałego ze zgrozy mężczyznę w dół, w kipiąca topiel. Po namiocie nie zostało ani śladu. Jakimś cudem nadal migotał reflektor wbity na mocnym, metalowym pręcie w piasek.
- O Boże...- Idący za nim Bred zaniemówił.
- Zabiłem go! - Adam osunął się na kolana. - Znowu zostałem mordercą! - Zupełnie zapomniał, gdzie się znajdował. Widział jedynie niknącą w odmętach piękną twarz Demkowicza. Gdyby nie silne ramię Georga spadłby prosto w tworzący się wir.
- Puść mnie. - Zaczął się szarpać. Nie miał żadnego powody, aby dalej żyć.- Powinienem zginąć za pierwszym razem. Andriei by mnie wtedy nie poznał.
- Zdurniałeś? - Uderzył zrozpaczonego mężczyznę w twarz z otwartej dłoni. - Przestań się nad sobą roztkliwiać. Musimy go znaleźć!
- Masz się za syrenę? - Oprzytomniał. Pojawiła się maleńka iskierka nadziei. -  Choć nawet ona nie dałaby rady. - Nadal trząsł się jak w febrze.
- On chciał powiedzieć, że powyżej linii wody jest mnóstwo jaskiń. - Bred złapał go z drugiej strony za ramię. - Kiedyś wyszliśmy na dymka i trochę pozwiedzaliśmy.
- No tak. - Jenni klasnęła w ręce. - Andriei może i jest zakochany w równym sobie idiocie, ale kiedy trzeba, bywa całkiem inteligentny. A już na pewno nie jest samobójcą.
George wyjął z kieszeni starą latarkę, minął pisarza i wskazał wąską ścieżkę po prawej stronie, wijąca się wśród stromych skał po ścianie zbocza. Ostrożnie, gęsiego, mieszkańcy willi ruszyli przed siebie, nawzajem sie ubezpieczając. Żadne z nich nawet nie pomyślało o powrocie do domu. Gnał ich niepokój o przyjaciela, którego mieli zamiar odnaleźć całego i żywego.


   Demkowicz powoli odzyskiwał przytomność. Najwyraźniej nie był już w jaskini, bo leżał na czymś miękkim i ciepłym. Nie do końca kontaktował czy był żywy czy martwy. Na widok spiętrzających się nad nim, ryczących  fal przeraził się nie na żarty. Dobrze, że wcześniej przygotował sobie drogę ucieczki. Kiedy Adam wspomniał o huraganach wolał się zabezpieczyć.
Poobijane ciało pulsowało tępym bólem, a najbardziej piekły poobdzierane do krwi dłonie, które uratowały mu życie, kiedy wspinał się po śliskich skałach. Poruszył się na próbę. Podobno ból był oznaką życia. Ale tak naprawdę nie był tego pewien. Nigdy wcześniej nie umarł. Ktoś siedział obok i cicho chlipał. Otworzył ostrożnie jedno oko. Pisarzyna był blady jak płótno, miał zapuchnięty nos i mazał się niczym dziecko. A podobno to on nie wyrósł jeszcze z pieluch. Co on tam mamrotał? Nastawił uszy.
- Obudź się Andriuszka. - Delikatnie pogładził go po policzku, a Demkowicz przezornie przymknął powieki. Nigdy jeszcze ten uparciuch tak czule nie wymówił jego imienia. - Nadal strasznie wieje i nie mogliśmy odwieźć cię do szpitala. Otwórz oczy proszę. Proszę... - Obwiódł palcami ich kontury - Są naprawdę piękne, niczym dwa bliźniacze klejnoty. Kiedy na mnie patrzysz, za każdym razem, kradną moją duszę. - Odgarnął mu z czoła niesforny lok. - Pozwolę ci zostać ile chcesz. Lubię cię wariacie. Naprawdę cię lubię.
- Powiedz to jeszcze raz...- Powoli rozchylił powieki. Oczekiwał gwałtownego protestu, zadartego nosa, a przynajmniej wyniosłego prychnięcia.
- Andriuszka, przeraziłeś mnie niemal na śmierć! - Coś ciepłego, słodko pachnącego, przygniotło mu klatkę, a smukłe ramiona owinęły się wokół szyi.
- No dobrze, już dobrze. Przecież żyję. - Zaczął gładzić drżące plecy. Mężczyzna wtulił się w niego i ukrył twarz na piersi. - Choć nie jestem do końca przekonany. - Tak musiało wyglądać niebo. Nawet nie zauważył, że rany na dłoniach się otworzyły i krew zabarwiła bandaże.
  

niedziela, 16 grudnia 2018

Rozdział 13

  Andriei postanowił przeczekać najgorszą burzę z dala od willi Luogo di Silencio. Podejrzewał, że pisarz, który nade wszystko cenił sobie święty spokój, nie będzie zachwycony publiczną deklaracją uczuć i zwyczajnie bał wyrzucenia na bruk, a raczej piasek. Lubił wygody i nie wyobrażał sobie spania pod gołym niebem. Nawet jako dziecko nie znosił namiotów, a tylko to by mu pozostało, ponieważ nie miał zamiaru oddalać się od słodkiego uparciucha bardziej niż musiał, a w promieniu kilkunastu kilometrów nie było niczego nadającego się do zamieszkania. Poza tym jego delikatna cera nie znosiła wiatru oraz ostrego słońca i z pewnością dostałby reumatyzmu od wilgoci jeśli musiałby koczować przez dłuższy czas nad oceanem. Miłość miłością, ale jakoś trzeba było żyć dalej. Demkowicz nie do końca wyrzucił rozsądek za burtę, należało się zabezpieczyć na wszelki wypadek. Poznał już trochę wybuchowy temperament Adama i nie spodziewał się, że padnie mu w ramiona, jak zrobiłaby to co najmniej połowa świata. Z jego pechem do związków trafił mu się naprawdę zawzięty egzemplarz. Kiedy tylko za bardzo się zbliżał wysuwał szczękę, jakby chciał powiedzieć - zabieraj tyłek i znikaj. Ale on miał czas, dużo czasu i prędzej czy później wydłubie tego pięknookiego łobuza z jego skorupki. Z pewnością nie był mu obojętny, widział to w jego niespokojnych gestach, które jednocześnie odpychały go i przyciągały, spłoszonym spojrzeniu, kiedy próbował zajrzeć mu głęboko w oczy.
   Szturchnął stanowczo siedzącego obok niego w limuzynie menadżera, który od dobrego kwadransa cicho pojękiwał i rwał sobie włosy z głowy. Może powinien dać biedakowi podwyżkę? Napad wyrzutów sumienia szybko jednak mu przeszedł. Kiedy chodziło o pieniądze Demkowicz miał naprawdę twarde serce.
- Przestań w końcu histeryzować. - Facet coraz mniej przypominał mu sprytnego biznesmena, a coraz bardziej niezrównoważoną nastolatkę. - Mam dla ciebie zadanie.
- Jeśli mi każesz pisać listy miłosne dla Zaubera, to się zastrzelę. - Luis wcale nie żartował. Już nieraz robił głupsze rzeczy dla swojego podopiecznego, który jako licealista nie błyszczał elokwencją więc to on był autorem większości namiętnych maili do rudowłosej Eleny.
- Jestem dużym chłopcem i nawet zdałem maturę. Potrafię w razie potrzeby skreślić kilka sensownych linijek. - Poczuł się urażony, od okresu kiedy był pryszczaty i nieśmiały, dzieliły go całe milenia. Ile jeszcze będzie mu wypominał te parę zwrotek? Jak chudy, niezbyt atrakcyjny chłopak mógł się zbliżyć do najładniejszej dziewczyny w szkole? Wiedział, że uwielbiała poezję, a Luis okazał się o wiele zręczniejszym od niego pisarzem.
- Jesteś pewny? - Siedzący obok drań miał krótką pamięć. Siedem lat, a on kompletnie o wszystkim zapomniał? Całymi dniami wzdychał wtedy do Rudej, doprowadzając wszystkich do szału. Rodzicom nie ośmieliłby się niczego powiedzieć, znając ich twarde zasady - w ich świecie nie było miejsca na romanse. I kto mu wtedy pomógł. No kto? Szkoda tylko, że wielka miłość szybko się skończyła. Andriej pisał wtedy taką piękną muzykę. Zaledwie po pół roku dziewczyna zniknęła, a chłopak chodził struty całymi miesiącami. Przez kilka lat nawet nie spojrzał na inną. Dopiero Katia zwróciła jego uwagę.
- Siedź cicho i notuj. - Luis posłusznie wyciągnął z kieszeni zeszycik. Nie miał zamiaru się sprzeczać, a lanie niestety nie wchodziło już w grę. Zauber wykona brudną robotę za niego. Taki inteligentny facet nie pozwoli się wpakować w coś równie głupiego jak Wielka Miłość, w dodatku na oczach całego świata. Będzie musiał jedynie dopilnować, by zbytnio nie uszkodził Anioła. Kubeł wylanej przez pisarza, zimnej wody rozsądku, nie może zbytnio posklejać mu piór. Smutny tracił zawsze swoją niespożytą energię i zapał do pracy, a kasa musiała się zgadzać.   
- Kupisz mi porządny namiot, niewielki, najwyżej dwuosobowy i całe wyposażenie. Aha... I nie zapomnij o akumulatorze, bez prądu ani rusz Wszystko musi się zmieścić w bagażniku mojego samochodu zapakowane w wygodne torby.
- Zamierzasz ukryć się przed Zauberem na bezludnej wyspie? - Menadżerowi wrócił dobry humor. - Nie martw się, może cię jednak nie zabije. Mimo wszystko twoje wyznanie powinno mu choć trochę pochlebiać, w końcu jesteś całkiem sławnym Cudem.
- Słyszałeś kiedyś, że milczenie jest złotem?
Demkowicza z menadżerem łączyły niemal przyjacielskie stosunki, na ogół dobrze się rozumieli, ale też często spierali w różnych sprawach. Zawsze chodził własnymi drogami niczym kot i jak coś postanowił, nikt nie był w stanie wpłynąć na jego decyzję. Luis nie miał wyjścia, jak tylko pogodzić się z kolejnym, niemądrym pomysłem swojego podopiecznego i modlić, by nie wpłynął w żaden sposób na jego karierę. Chciał romansować z Adamem - nie ma sprawy, postanowił mieszkać w namiocie - proszę bardzo. Całe życie czuł się jak akrobata balansujący na cienkiej linie losu. Zarobił już wystarczająco, by w razie sromotnej porażki, nigdy nie musiał pracować. Spędzili razem wiele lat i zawsze się jakoś dogadywali, tak z pewnością będzie i tym razem. Na pewno nie rozdzieli ich jakiś pisarz.
***
   Następnego dnia, Zoja, nadal żyła wycieczką do domu towarowego. Nie spała prawie całą noc. Dziesiątki razy przywoływała w myślach każdą chwilę spędzoną z Adamem - jego czarujący uśmiech na widok sukienki w łączkę, wpatrzone w nią, błyszczące, zielono niebieskie oczy. Moment, kiedy wziął ją za rękę, nadal wywoływał dreszcze. Cieszyła się każdym, najdrobniejszym dowodem uwagi. Gdy przyszła pora śniadania niemal sfrunęła po schodach.
- Dzień dobry. - Nikt jej nie odpowiedział. Przy stole siedział jedynie pisarz oraz Jenni, z którą nie była w najlepszych stosunkach. Spochmurniała. Specjalnie głośno odsunęła krzesło, by zwrócić na siebie uwagę. Na szczęście Andrieia nie było nigdzie widać. Prawdopodobnie został na noc w L.A.
- Witaj. - Mężczyzna nawet nie podniósł oczu znad laptopa, który stał przed nim na stole.
- Coś ważnego? Pomóc w czymś? - Zauważyła, że z uwagą i  zdumieniem przeglądał swojego facebooka.
- Ludzie są coraz dziwniejsi, a szczególnie fani twojego brata. Wczoraj mnie wyklinali, a dzisiaj proszę...
,, - Może powinien pan sobie sprawić okulary. Jak można nie kochać naszego Anioła?
- Andriuszka jest śliczny i słodszy niż najlepszy cukierek, nie powinien pan być dla niego taki okrutny.
- Chłopie co z tobą? Gorący towar pcha ci się do łóżka, więc bierz i o nic nie pytaj.
- Masz okazję mieszkać z żyjącym Cudem nad Cudami. Wiesz ile osób chciałoby być na twoim miejscu? Najprzystojniejszy mężczyzna 2017 roku, o niespotykanym, nieziemskim głosie, wielbiony przez miliony - czego ty u licha jeszcze chcesz więcej?"
- To chyba jakaś forma swatania - wybuchła śmiechem Jenni. - Reklamują swojego idola, choć trochę niezręcznie. Ale intencje mają dobre.
- I tak im się nagle odmieniło? W ciągu jednego dnia. - Podrapał się po głowie zdziwiony pisarz. - Co ich opętało?
- No... No...Ile tego jest? - Dziewczyna zajrzała mu przez ramię.
- Nie uwierzysz... Od wczorajszego wieczora dobre kilkadziesiąt tysięcy komentarzy.
- Może powinieneś rozważyć długi i namiętny romans? Albo wiesz ty co... Ożeń się z nim. Będziecie piękną i utalentowaną parą, a wasze dzieci...
- Ta staromodna trwała uszkodziła ci głowę? Masz mnie za wybryk natury z macicą? - Zamknął laptopa, nie było sensu się dalej denerwować. A cholerny Demkowicz podejrzanie długo nie wracał z L.A. Ciekawe dlaczego?
- Odczep się od mojej trwałej! Nie każdy dostał w prezencie burzę loków. - Prychnęła. - Musisz być taki racjonalny? Jakim cudem piszesz teksty piosenek? Zero wyobraźni i romantyzmu.
- Może te wszystkie komentarze były dla Katii, a facebook coś pomylił i znalazły się u mnie? Może ktoś mi zrobił głupi kawał? - Przychodziły mu na myśl, coraz bardziej pokrętne tłumaczenia zaistniałej sytuacji.
- Pewnie, Sherlocku, a połowa z tych ludzi zwraca się do Cycatej chłopie albo per pan. No chyba, że skrzypaczka jest jednak facetem, ale zręcznie to ukrywa przed światem.
- Bardzo śmieszne... Naprawdę...
- A ty co o tym myślisz? - Jeni zwróciła się do dziewczyny, której twarz płonęła, a strzelające błyskawicami oczy mogłyby podpalić dom.
- Banda kretynów!! - Rzuciła z taką nienawiścią w głosie, że zarówno Adam jak i aktorka popatrzyli na nią zdziwieni. - Myślą, że świat się zaczyna i kończy na Andrieiu?! Zupełnie jakbym słyszała rodziców! A co z innymi? - Uderzyła się w pierś. - Nie mają już prawa do szczęścia? - Wybiegła z jadalni i zostawiła oboje z opadniętymi szczękami. Nie mogli zrozumieć co się nagle stało tej na co dzień spokojnej i delikatnej dziewczynie.
- Może ma okres.
- Pewnie tak. - Adam nie znał się zbytnio na kobiecych dolegliwościach, ale o menstruacji i skokach hormonów słyszał straszne rzeczy. Nie miał powodu by nie wierzyć Jenni. - Mam jednak dziwne wrażenie, że coś mnie ominęło. Wiesz gdzie się podziewa Piękny?
***
   Zirytowany przeciągającą się w nieskończoność sesją zdjęciową Demkowicz, doprowadzał, znanego mu już wcześniej z programu IDOL reżysera, do rozpaczy. Niebacznie zgodził się na krótką reklamę dla znanej mu odzieżowej marki. Sądził, że skończy się na kilku fotkach w studiu, a nie całodziennym maratonie, w dodatku na leśnej polanie z mrówkami. Niestety zgubiła go słabość do koszulek z fantazyjnym nadrukiem, a chciwy Luis jak zwykle dogadał się za jego plecami. Doskonale wiedział, że gdyby zapytał wprost nigdy by się nie zgodził, w końcu był muzykiem nie aktorem i nie cierpiał na brak gotówki. Postanowił uważniej czytać podsuwane przez niego kontrakty.
- Andriei miej litość. Co ci nie pasuje w tych przystojniakach? - Mężczyzna miał ochotę walić głową o blat stojącego obok turystycznego stolika na którym porozkładał swoje akcesoria. Kiedy się zorientował, że słynny Anioł miał, jak wynikało z wywiadu, tęczowe skrzydła, doszedł do wniosku, że tym razem poradzi sobie z nim o wiele lepiej. Chodziło o kilka prostych scenek ukazujących w ruchu elegancję i wygodę sportowych strojów znanej firmy, na najnowszy sezon. Przygotowano plener z wielką starannością. Zatrudniono dwóch najlepszych, męskich modeli. Już w czasie kręcenia pierwszej sceny zauważył jak straszny popełnił błąd. Nie mógł się niestety wycofać bez poniesienia poważnych konsekwencji. Złośliwego perfekcjonisty nie dało się nikim zastąpić, wszystko co włożył na grzbiet sprzedawało się na pniu. Ludzie kochali jego piękną twarz i hipnotyzujący głos.
- Pocą się - skrzywił usta. - Nie mogą stać trochę dalej?
- Skoro biegają za piłką muszą się pocić, to ludzie nie roboty. - Po co mu były te studia filmowe. Może powinien zostać fryzjerem, tak jak jego ojciec. Siedziałby teraz w klimatyzowanym studio i plotkowałby z klientkami o sąsiadach. - Jest trzydzieści stopni.
- No właśnie. Czuję jak zaczyna mnie piec nos. - Dotknął skóry. - Jeśli się opaliłem to was zaskarżę.
- Niemożliwe, masz filtr numer 50. - Reżyser uznał, że jeśli przetrwa ten dzień, z pewnością wyrośnie mu nad głową aureola. Matka w końcu będzie z niego zadowolona.
- Mam bardzo wrażliwą cerę. - Andiriei był bardzo ciekawy, jak długo facet wytrzyma , zanim wybuchnie. Nie miał ochoty niczego mu ułatwiać. Na drugi raz dwa razy pomyśli zanim zacznie spiskować z Luisem.
- Więc zróbmy to możliwie szybko. Postaraj się wyglądać na seksownego i rozluźnionego, a nie wkurzonego i znudzonego.
- Jak mogę wyglądać na rozluźnionego, kiedy te małe paskudztwa kąsają mnie w łydki.
- Zabij mnie...! - Niestety wcześniej nie zauważył mrowisk. Facet go nie lubił i robił wszystko by wykończyć. Poczuł, że jeszcze chwila i się rozpłacze z bezsilności.
- Z przyjemnością. - Usiadł na leżaku pod specjalnie rozpiętym dla niego parasolem. - Proszę o zimną, gazowaną wodę. - Nie musiał nic robić, reżyser najwyraźniej miał zamiar zejść na zawał sam z siebie.
- Żadnych przerw. Za dwie godziny stracimy odpowiednie światło.
- To przykre. - Andriei spojrzał na niego z uśmiechem i podniósł jedną brew do góry.
Obaj wynajęci modele nie mieli nic przeciwko kłótni. Czuli się jak na fascynującym meczu, ich oczy biegały od jednego do drugiego. Mieli płacone od godziny, im dłużej trwały zdjęcia, tym więcej zarobili. Anioł rozparty na krześle niczym książę na tronie był całkiem zabawny. Uwagi o brzydkim zapachu puścili mimo uszu.
- Jak zaraz nie ruszycie tyłków, to ja was pomorduję! - Niespodziewanie do ataku ruszyła asystentka reżysera. Faceci byli do bani, a jej kończył się czas.
- Lisa, nie denerwuj się. - Próbował ją udobruchać mężczyzna wystraszony, że dojdzie do awantury z rozpieszczonym Księciuniem, a z jednego dnia zdjęciowego zrobią się dwa.
- Cisza...! Wy dwaj, zróbcie siatkę z patyków i sznurka. Jesteście na wypadzie do lasu i zagracie w piłkę. - Chłopcy poderwali się z trawy.
- Rozkaz to rozkaz. - Chichocząc wypełnili zadanie.
- Ty...! - Wskazała na Andrieia. - Bierz się do roboty. Moja córka ma dzisiaj urodziny, a ja nie zdążyłam kupić prezentu. Mieliśmy skończyć godzinę temu.
- Co mam robić królowo? - Zrobiło mu się głupio. Doskonale pamiętał rozżaloną minę Mitii, kiedy rodzice zapominali lub nie przychodzili na jego święto. Żadne dziecko na to nie zasługiwało.
- Ty po jednej stronie, oni po drugiej. Żadnego rozluźniania. Pokaż jak bardzo jesteś wkurzony. Weź piłkę. Wyobraź obie, że to dwie wielkie mrówki.
- Mam to. - Stanął i zmierzył chłopców wzrokiem. Nie znosił insektów. Łydki swędziały go niemiłosiernie.
- Dajcie mu krótszą koszulkę, by przy podskokach widać było brzuch. Idealnie. - Zadowolona włożyła ręce do kieszeni. - A wy co? - Warknęła na kamerzystów. - Na stanowiska.
Piłka raz po raz uderzała o trawę. Szybko się okazało, że trafiła w dziesiątkę. Dawno nie widziała czegoś równie seksownego. Demkowicz, z roziskrzonym wzrokiem, usiłujący zbombardować przeciwników, był naprawdę porywający. Te gniewnie napięte szczęki, pracujące mięśnie brzucha, szerokie ramiona oraz piękna twarz, zarumieniona od gniewu i wysiłku. Szkoda, że nie przepadał za kobietami, jak donosiła najnowsza plotka. Zauber to miał farta. Po kilku próbach nagrali wreszcie reklamę, prawdopodobnie najlepszą jaką zrobiła w swoim życiu. Kiedy cała ekipa zaczęła pakować już sprzęt, Demkowicz niespodziewanie podszedł do niej i podał spore pudełko, zapakowane jak prezent.
- Przepraszam za kłopot.  A to na przeprosiny.
- Co to? - Zmieszała się kobieta.
- Kupiłem dla brata, ma sześć lat i uwielbia pluszaki. Jajko Hatchimals. Trzeba je wysiedzieć, by wykluł się interaktywny przyjaciel.
- Coś o tym słyszałam. Bardzo dziękuję. - Asystentka była zachwycona. Nie dość, że skończyła na dzisiaj pracę, to jeszcze nie wracała z pustymi rękami. Kłopotliwy gość, okazał się o wiele milszy, niż na to wyglądał na początku. Jej byłemu mężowi nigdy nie przyszłoby do głowy przywieźć niczego dziecku ze służbowej podróży. Świat nie był taki zły skoro chodzili po nim tacy mężczyźni.
- Proszę pozdrowić córeczkę. Niech się dobrze bawi. - Pomachał jej ręką i wsiadł do czekającej na niego limuzyny.
***
   Jenni ogromnie żałowała swojej popędliwości. Niepotrzebnie się wtrącała. Ciekawość jak to często bywa zwiodła ją na manowce. Kiedy Adam pokazał jej komentarze na facebooku, po chwili zastanowienia zrozumiała, że miał rację i musiał istnieć jakiś powód do zmiany frontu przez fanów piosenkarza. Nadal nie piali zachwytu nad zauroczeniem swojego idola, ale lojalnie gotowi byli poprzeć każdą durnotę, jaką wymyślił. Oczywiście nie wszyscy, bo ci którzy liczyli na bliższą znajomość, nadal wypisywali okropieństwa. Konferencję prasową nadawano na wszystkich stacjach telewizyjnych. Nie każdego dnia słynny artysta czynił publicznie podobną deklarację. Bardzo lubiła pisarza i życzyła mu wszystkiego dobrego, a Andriei wyglądał na poważnego. Może to był ten jedyny? Natychmiast pobiegła pochwalić się odkryciem. Niestety zareagował zupełnie inaczej niż oczekiwała.
- Mój Boże...- Mężczyzna po obejrzeniu króciutkiej relacji usiadł na fotelu i na chwilę ukrył twarz w dłoniach. Demkowicz najwyraźniej bawił się jego kosztem, o czym świadczyły widziane poprzedniego dnia w jego telefonie zdjęcia szczęśliwych, roześmainych kobiet - rudowłosej piękności oraz skrzypaczki Katii.  To było jak powrót do przeszłości, o której ze wszystkich sił starał się zapomnieć. Myślał, że ataki paniki miał już dawno za sobą. W głowie mu zawirowało, umysł wzięła swoje macki ciemniejąca z każdą chwilą, cuchnąca krwią mgła. Nie powinien wpuszczać tego faceta za próg. Stracił czujność i niebacznie pozwolił mu zanadto zbliżyć się do siebie. Nikt kolejny raz nie zniszczy mu życia.
 - On oszalał!
- Po prostu się zakochał. - Jenni próbowała pogłaskać go uspokajająco po drżących plecach, ale się odsunął. Nie liczyła na wybuch radości, ale przynajmniej odrobinę zainteresowania. Sądziła, że zauroczenie było obustronne. Tymczasem w oczach pisarza zamiast oczekiwanych emocji zobaczyła jedynie strach, niczym u zaszczutego zwierzątka. Co się z nim działo? Niewiele wiedziała o jego prywatnym życiu. - Adam... - Patrzył na nią zaszokowanymi oczami, niczego wokół siebie nie widział ani nie słyszał.
- To najpotworniejsze, najpotworniejsze słowa jakie kiedykolwiek słyszałem...- Jego głos był martwy tak jak pobladła twarz.
- Adam, spokojnie, najpierw z nim porozmawiaj. Daj mu szansę. - Jenni była coraz bardziej zaniepokojona jego stanem. - On cię naprawdę kocha, inaczej nie mówiłby czegoś takiego publicznie. - Postanowiła wezwać na pomoc Celinę.
- Trzeba z tym skończyć! Natychmiast! - Wstał sztywno od biurka i ruszył do ogrodu, gdzie znajdował się domek gościnny. Trzęsącymi rękami  zaczął pakować rzeczy Andrieia. Szło mu bardzo opornie. Niechciane, dawno zapomniane obrazy wracały jeden po drugim z zakamarków rozpadającego się umysłu.
,,- Mam zamiar walczyć o tę miłość... Do Końca... KOŃCA ŻYCIA..." - Te straszne słowa dźwięczały mu w uszach raz po raz. Znowu, znowu huk i zgrzyt gnącego się, rozdzieranego metalu. Widział lecącą na niego, rozpryskującą się w drobny mak szybę. I krew, wszędzie mnóstwo krwi... - Świat kręcił się w koło w zwolnionym tempie. I ból, obezwładniający ból...Ostatnia myśl...
- Nie ma jej, już jej nie ma.."

  

wtorek, 27 listopada 2018

Rozdział 12

   Adam milczał przez większość powrotnej drogi, rozczarowany swoją uległością. Okazał się kompletnym słabeuszem bez grama silnej woli, zupełnie nieodpornym na urok Andrieia. A taki był zawsze dumny ze swojej inteligencji i praktycznego podejścia do życia. Przecież do tej pory świetnie sobie radził, nawet Richardowi nie udało się go omotać na tyle, by zrezygnował ze swoich postanowień.
- Jestem osłem - westchnął zrezygnowany. - Miękkim, kudłatym i strasznie głupim. - O tak, to by nawet pasowało. O mało nie zaczął radośnie rżeć, jak to skądinąd sympatyczne zwierzątko na widok marchewki, kiedy Andriei przytulił się do jego pleców.
   Skołowany pisarz, ogarnięty wyrzutami sumienia, bo przecież miał do czynienia z kimś o wiele młodszym i niezbyt doświadczonym, starał się zachować między sobą a idącym obok mężczyzną, stosowną odległość. Za każdym razem, kiedy cholerny kusiciel podchodził zbyt blisko, on się oddalał, jakby natrafiał na  jakąś niewidzialną barierę. Nie miał odwagi spojrzeć w jego stronę. Przestał sobie ufać.
   Kilku długim, jasnym pasmom udało się wymknąć spod więżącej je gumki. Niesforny wiatr przyszedł mu z pomocą, zasłonił włosami twarz, aby nie spuszczający go ani na chwilę z oczu piosenkarz, nie mógł z niej zbyt wiele wyczytać. Adam uważając, że to on powinien być tym rozsądniejszym, usiłował uniknąć pociągającej, długonogiej pułapki jaką postawił przed nim przewrotny los. Zupełnie nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Wyniosły, zdawałoby się zupełnie nieosiągalny książę z innej bajki, okazał się przy bliższym poznaniu niezwykle porywczy i namiętny z natury niczym huragan. Porwał go, oszołomił, zakręcił sercem oraz zmysłami z ogromną łatwością i siłą. Naprawdę trudno się było oprzeć mocy płomiennych, czarnych oczu. Pisarz był jednak uparty. Bardzo uparty. Postanowił wyrwać się jakoś pod ich wpływu za wszelką cenę, zanim zrobi coś naprawdę głupiego.
   Bramą od strony plaży mężczyźni weszli do ogrodu otaczającego willę Luogo di Silenzio. Demkowicz obserwował go spod zmrużonych powiek, nienośny wiatr sypał mu piaskiem w oczy. Doskonale jednak widział nerwowo zaciśnięte w kieszeniach, szczupłe dłonie i zawziętą zmarszczkę, która pojawiła się na gładkim czole. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie łatwo zdobyć zaufanie tego mężczyzny, który właśnie wpełznął z powrotem do budowanej latami skorupy. Skulił ramiona, schował głowę, zupełnie jak widziany niedawno żółw. Jak wiele złych doświadczeń zebrał w swoim życiu, że tak bardzo się bronił?
   Mimo gorącego temperamentu, z którego wielu nie zdawało sobie sprawy z powodu chłodnego obejścia,  Andriei potrafił być bardzo, bardzo cierpliwy jeśli mu na czymś naprawdę zależało. Miał do czynienia z delikatnym, acz ostrodziobym stworzeniem, gotowym na każdy gwałtowniejszy gest do ucieczki, musiał więc być ostrożny.
- Adam...-  Zaczął łagodnie, ale nie dane mu było skończyć. - Adaś...
Za każdym razem to jedno, tyle razy wcześniej słyszane, zwyczajne słowo, spływało na samo dno duszy idącego obok pisarza, który się buntowniczo wzdrygał i przybierał niezłomny wyraz twarzy.
- Zamykamy temat. - Machnął ręką, jakby się przed czymś bronił. Usiłował nie dać znowu namieszać sobie w głowie. Drań! Robił to specjalnie. Wymawiał jego imię tak miękko jak nikt inny. - Nie będę ci już robił wymówek. - Starał się przekręcić intencje mężczyzny udając, że ich nie zrozumiał. Stworzyć mu okazję wycofania się z krepującej sytuacji bez konsekwencji. - Ofra to stara lisica. Wmanewrowała cię.  Nie przejmuj się. Znam się na żartach. Nawet jeśli są tak niemądre jak twoje.
- Ja wcale nie żartowałem. - Wydął usta. Ten jasnowłosy spryciarz próbował mu zwiać w elegancki sposób, robiąc koktajl z szarych komórek. - Naprawdę bardzo mi się podobasz. - Objął pełnym aprobaty spojrzeniem smukłą sylwetkę.
- Jak się to ma do twojej oficjalnej narzeczonej? - Zdenerwował się rozdrażniony, jego lekkim podejściem do poważnej sprawy, Adam. Najpierw deklarował w popularnym programie istnienie stałego związku, a potem robił do niego słodkie oczy. Wstrętny podrywacz!
- Dobrze to określiłeś - oficjalnej. - Demkowicz owszem palnął głupstwo, ale wtedy nie wiedział tego co teraz, albo raczej nie miał pewności co do kierujących nim uczuć. Uznał, że bez trudu wszystko odkręci. Od wielu lat, zarówno on jak i Katia, posługiwali się tą zręczną wymówką. Status przeznaczonej sobie pary był bardzo wygodny, chronił ich przed natrętnymi fanami, mamuśkami szukającymi dobrych partii, zakochanymi głuptasami zsypującymi tysiącami maili. Postanowił jak najszybciej rozmówić się z przyjaciółką. - Dawno już nic nas nie łączy.
- Ciekawe, czy ona o tym wie? - Dla pisarza sprawa była jasna, Piękny wyraźnie coś kręcił. Za daleko zabrnął z tą Katią. Natomiast w czasie tras koncertowych najwyraźniej nie brakowało mu rozrywek. Niczym nie różnił się od Georga i Breda, czyli w każdym porcie znajdował kogoś do obściskiwania i zabawy. Nie wierzył, aby jakakolwiek dziewczyna zgodziła się dobrowolnie na rolę marionetki, zwłaszcza jeśli w grę wchodziła tak pożądana zwierzyna. Ludzie jednak nadal potrafili go zaskakiwać.  Poczuł się strasznie zawiedziony. Andriei natychmiast zauważył zmianę w jego zachowaniu. Zielononiebieskie oczy posmutniały.
- Adam...- Próbował rozprostować zmarszczkę, która nieoczekiwanie się pojawiła na wcześniej gładkim czole mężczyzny. Miał wrażenie, jakby stąpał po kruchym lodzie. Jeden fałszywy ruch, a pisarz wepchnie go jak wcześniej zapowiedział, do huczącego w dole oceanu. Dom stał na wysokiej skarpie, więc miałby zapewniony długi, ekscytujący lot.
- Nie zaczynaj od nowa... - Zatrzymał się choć nie bardzo wiedział dlaczego, wbrew swojej woli. Aksamitny głos Andrieia rozlał się po całym ciele, głaszcząc je niczym najdelikatniejszy balsam. - Jestem za stary na zagrywki rodem z romansideł. - Burknął i przyśpieszył. Czym prędzej dotrą do domu tym lepiej. Już nigdy w życiu nie zostanie z tym tanim syrenem sam na sam.
- Jesteś tego pewny? - Demkowicz uśmiechnął się szeroko do prychającego mężczyzny, który z najwyraźniej nie miał pojęcia jak słodko wyglądał z tą rozgniewaną, zarumienioną twarzą i powiewającymi wokół niej, połyskującymi w porannym słońcu, włosami. Czym szybciej uciekał, tym większą ochotę miał go złapać. A jak już go dopadnie, z przyjemnością powetuje sobie wszystkie tortury, którymi ten głuptas go raczył.
- Spieprzaj złamasie! - Kompletnie stracił cierpliwość. Z czego ten facet się tak cieszył? Nie rozumiał jakim cudem, szczerzący się z niewiadomego powodu dureń, niczego nie pojmował, albo raczej pojmował zupełnie na odwrót, wedle własnego uznania.
- Lubię wygadanych. - Złapał w pasie mężczyznę, chroniąc go w ten sposób przed upadkiem. Ścieżka prowadząca do domu była dość stroma i śliska od rosy. Szalejący wokół labrador też nie pomagał.
- Za to ja cię nie lubię! - Stanowczo odepchnął pomocne ramię.
- Adaś... - Uwielbiał kolorki jakie pojawiały się na twarzy czarującego uparciucha, kiedy wypowiadał jego imię. Naprawdę myślał, że go oszuka? Będzie należał do niego, z całą pewnością będzie!- Nie wierzę.
- Cholera jasna! Pieprzona syrena. - Zatkał sobie uszy dłońmi, niestety nic nie pomogło. Nadal go słyszał.
- Wiesz, jestem facetem. - Wyprostował swoją zgrabną postać, a Adam niestety zerkną, bo jak niby mógłby nie zerknąć.  - Co to ,,cholera jasna"?
- Coś jak spierdalaj w podskokach, zanim cię ukatrupię! - Nie zabrzmiało to jednak odpowiednio groźnie. Udręczony pisarz prawie wbiegł na ostatnie stopnie. Tak chyba wyglądał nałóg. Jak nic uzależniał się od łobuza. Stanowczo musiał się ratować.
- Moja babcia zawsze mówiła - jak ktoś zaczyna przeklinać i wywijać pięściami, to znaczy, że skończyły mu się argumenty. Czyli wygrałem pyskówkę z pisarzem, prawda? - Andriei był absolutnie zachwycony i dumny z siebie.
- A niech cię! - Nareszcie dopadł drzwi wejściowych. W pędzie minął Georga i Breda. Z ulgą zatrzasnął za sobą drzwi do sypialni i spłynął po nich na podłogę.
- Co mu zrobiłeś? - Stojąca w holu Jenni był strasznie ciekawa, co się wydarzyło na plaży. W ciągu dwóch godzin można było naprawdę wiele zdziałać.
- Jeszcze nic. - Demkowicz uśmiechnął się drapieżnie do trójki, zaskoczonych jego pewnością siebie, aktorów. Kiedy jednak zaczęli domyślnie chichotać, zarumienił się i uciekł, podobnie jak mężczyzna przed nim.
***
   Zoja obejrzała feralny wywiad zgrzytając zębami. Omal nie zdarła sobie szkliwa. Brat mocno przesadził. Należało go utemperować i sprowadzić z obłoków na ziemię, aby przestał wygadywać bzdury i wchodzić jej w drogę. Prawdę mówiąc nie spodziewała się, że zabrnie tak daleko. Zawsze bardzo ostrożnie wypowiadał się w obecności mediów. Słynął z powściągliwości i rzadko dawał dziennikarzom powód do ekscytacji. Prywatne życie chronił niczym skarb, jedynie od czasu do czasu, niby od niechcenia, rzucając jakieś skromne kąski, aby nie stali się zbyt natrętni. Ani rodzice, ani Katia na pewno nie byli zadowoleni z obrotu sprawy. Nie miała wątpliwości, że oglądali program Ofry, zawsze uważnie śledzili karierę swojego pupila. Dziewczyna o wiele trzeźwiej, niż jej sławny bart, patrzyła na rodzinę i znajomych.  Matka z ojcem, wyraźnie życzyli sobie planowanego od lat małżeństwa, a nadęta skrzypaczka wcale nie była taką wyrozumiałą, wyzwoloną przyjaciółką za jaką chciała uchodzić przed naiwnym Andrieiem. Na razie jednak Zoja wolała nie angażować nikogo więcej i postanowiła poradzić sobie sama. Na posiłki przyjdzie jeszcze czas. Najcięższe działa zostawiła w odwodzie na wszelki wypadek, gdyby jednak nie udało jej się niczego zdziałać w pojedynkę.
   Zoja wiedziała o przeszłości Adama więcej niż ktokolwiek inny, przeprowadziła nawet w tym celu małe śledztwo. Nic nie pozostawiła przypadkowi. Domyślała się dlaczego, na pozór otwarty i chętnie nawiązujący znajomości mężczyzna, tak naprawdę był nieufny i skryty, a najważniejsze rzeczy chował głęboko na dnie serca. Ktoś taki nie uwierzy łatwo w uczucia Andrieia zwłaszcza, że wybuchły tak nagle, a on sam nigdy nie zdradzał homoseksualnych skłonności. Na pewno będzie sie miał na baczności. Ludzie lgnęli do sławnych i bogatych, a znany i ustosunkowany pisarz miał wiele do zaoferowania - cieszył się w LA doskonałą opinią, posiadał sporo wpływowych przyjaciół. Ktoś taki dla wschodzącej gwiazdy byłby ogromnym wsparciem.   
   Dziewczyna sądziła brata swoją miarą. Dla niej te wszystkie rzeczy były ważne, sprawiały, że Adam lśnił na horyzoncie jej marzeń niczym najwspanialsza z gwiazd. Nie pamiętała, a raczej nie chciała pamiętać, że Andriei był jedyną osobą, która w dzieciństwie tuliła ją w ramionach, nie oczekując niczego w zamian, kiedy w nocy budziły ją ze snu koszmary, a rodziców jak zwykle nie było w domu. Musiała być twarda, aby wkrótce zostać panią Zauber.
    Miała dzisiejszego dnia iść razem z pisarzem kupić prezent dla Celiny, która w przyszłym tygodniu obchodziła urodziny. Biedak nie bardzo wiedział, co mogło spodobać się kobiecie, której wiele zawdzięczał. Uważał gosposie za jedną z najważniejszych osób w swoim życiu. Dbała o niego od lat, stworzyła mu namiastkę domu. Zoja jej nie lubiła. Czasami wydawało jej się, że patrzy na nią ze zmarszczonymi brwiami, jakby coś podejrzewała. Wytatuowanym babsztylem postanowiła zająć się w drugiej kolejności. Nikt nie mógł być dla Adama ważniejszy od niej.
   Zoja postanowiła nie zmarnować doskonałej okazji, w tym celu odpowiednio przygotowała swój telefon. Wymknęli się z domu tylną bramą, w razie jakby wszędobylscy paparazzi gdzieś na nich czatowali. Bezkarnie biegali przez dobre dwie godziny po galerii handlowej, w zwykłych, codziennych ubraniach. Ku ich ogromnej uldze nikt Adama nie rozpoznał. Po krótkiej naradzie kupili Celinie rower, który jak wcześniej zauważyła, wielokrotnie podziwiała w telesprzedaży. Sprzedawca obiecał dostarczyć go do domu.
- Chcę, w ramach rekompensaty za ciężką pracę, czekoladowe lody. - Dziewczyna, choć spocona i zmęczona, była w świetnym humorze. Wspólne włóczenie się po sklepach sprawiło jej ogromną radość. Mężczyzna okazał się dobrym kompanem do tego typu eskapad - nie narzekał i nie niecierpliwił się jak przed nim wielu innych, chętnie podziwiał przymierzane przez nią stroje, żartując z jej słabości do kwiecistych wzorów.
- Chodź do windy, w pobliżu jest urocza kawiarenka. Właściciel sam robi wszystkie desery i używa tylko naturalnych produktów. Palce lizać. - Wziął tłumaczkę za rękę. Tłum gęstniał z minuty na minutę. Bał się, że może ją zgubić, a wolał nie narażać się upierdliwemu braciszkowi. Czym rzadziej będzie widywał Pięknego, tym lepiej.
- Oh, jaka ładna. - Zoja, posłusznie weszła za mężczyzną do malutkiej cukierenki znajdującej się na najwyższym piętrze budynku, rozpływając się w duszy ze szczęścia. Dla niej ten drobny gest wiele znaczył. U niej w kraju tak chodziły ze sobą jedynie będące ze sobą bardzo blisko, zakochane pary. Nareszcie wszystko układało się po jej myśli. Usiedli pod oknem, skąd mieli widok na całą galerię. Wybrali z menu po ogromnym pucharku mrożonych słodkości.
- Mhm... Pyszne... - Zamruczał Adam i zmrużył oczy z przyjemności. Odpędził beztrosko w myślach wyrzuty sumienia, czające się gdzieś na obrzeżach świadomości. Był nieuleczalnym łasuchem, w ciągu miesiąca przytył dobry kilogram. Postanowił solennie, jak wrócą do domu, poprosić Celinę o serię dietetycznych posiłków. Nie pozwoli by Pan Doskonały znowu mierzył wzrokiem jego brzuch.
- Wspaniałe. - Dobrze się bawili i dziewczyna nie miała ochoty na powrót do swojego planu. Jednak druga taka chwila, sam na sam, mogła się szybko nie trafić. - Zerknij na mój telefon, nie wiem co z nim nie tak. Mam nowy i strasznie niewyraźnie wychodzą mi zdjęcia. Ja pójdę zapłacić. - Podała mu swoją komórkę, najpierw jednak wchodząc w odpowiedni folder, aby mógł pogłówkować nad jej problemem. Ustawiła się w kolejce do kasy i dyskretnie obserwowała pracodawcę. Znała jego słabostki. Nie ma mowy by oparł się przejrzeniu wszystkich fotek.
   Zauber nie miał się za jakiegoś znawcę elektroniki, ale nie śmiał odmówić dziewczynie, która poświęciła mu dzisiaj tyle swojego wolnego czasu. Pewnie sie z nim nudziła. Nie uważał się za odpowiednie towarzystwo dla atrakcyjnej nastolatki, za którą oglądał się co drugi, przechodzący mężczyzna. Zaczął od zerknięcia na niewyraźne zdjęcia. Już miał przejść do ustawień aparatu fotograficznego, kiedy dwa z nich zwróciły jego uwagę. Chwilę walczył ze sobą, zdawał sobie sprawę, że właśnie naruszał czyjąś prywatność. Ciekawość jak zwykle wzięła nad nim górę. Pierwsze selfie musiało być dość stare, ktoś, prawdopodobnie sama Zoja, musiał je zrobić z zaskoczenia. Andriei wyglądał na nim bardzo młodo. Zawzięcie całował się z rudowłosą dziewczyną, poufale trzymając rękę na jej piersi, kiedy druga błądziła po odsłoniętym udzie, widocznym w rozcięciu krótkiej spódniczki. Oboje wyglądali na bardzo zaangażowanych. Drugie było podobne tyle, że z Katią. Roześmiany mężczyzna, stał z nią po kolana w falującej wodzie. Nigdy nie widział go tak rozluźnionego i szczęśliwego. Obejmowali się trzymając za pośladki, zwróceni do siebie twarzami.
   Czas zwolnił. Krew odpłynęła z pobladłej twarzy Adama. Nagle zrobiło mu się zimno, bardzo zimno. W piersiach coś się zacisnęło. Sięgnął po leżący na oparciu krzesła sweter i zapiął zamek pod samą szyję. Przeczucie go nie myliło, od początku miał rację, co do Demkowicza. Z całą pewnością to kobieta u jego boku była tym, czego potrzebował. Kiedyś znajdzie lub już znalazł wspaniałą dziewczynę, z którą stworzy rodzinę, a ona urodzi mu gromadkę ślicznych, utalentowanych dzieci. Teraz, samotny w obcym kraju, odrobinę się pogubił, ale wkrótce mu przejdzie i wróci do domu. Podziękował w myślach swoim dobrym duchom, że w porę go ostrzegły, zanim zaangażował się w coś, co złamałoby mu serce.
***

   Andriei, wyglądający jak wycięty z okładki żurnala, spokojnie siedział za znajdującym się na podwyższeniu, długim stołem w ogromnej sali konferencyjnej. Po delikatnych ustach błąkał się mu nieśmiały uśmiech, długie rzęsy rzucały cienie na gładkie policzki. Nikt nie dałby mu więcej niż dwadzieścia lat. Piękny, dziki łabędź, który właśnie wpłynął na drapieżne wody show biznesu LA. Nikt nie domyśliłby się, że za przystojną twarzą słynnego Anioła kryje bardzo bystry, chłodny umysł. Hilton pękał w szwach, dawno w hotelu nie było tak gwarno. W dole kłębił się tłum podnieconych paparazzi. Wszystkie kamery były wycelowane w jego stronę niczym lufy karabinów. Te małe, wścibskie hieny chętnie rozszarpałyby go na strzępy, jeśli tylko dostałyby za to odpowiednią gażę. Oczywiście byli wśród nich i solenni dziennikarze, ale szlachetni poszukiwacze prawdy zdarzali się coraz rzadziej. Luis, menadżer Demkowicza, kręcił się na krześle, niczym nadziewana właśnie na haczyk glista. Miał ciężkie życie, czasami piosenkarz w przypływie ludzkich uczuć nawet mu współczuł, ale zaraz potem przypominał sobie ile mu płacił. Nigdy nie wiedział z czym wyskoczy jego podopieczny, ale zawsze musiał po nim posprzątać jak narozrabiał. Tym razem też nie zdradził swoich zamiarów, mimo usilnych próśb i błagań niemal na kolanach.
- Drodzy państwo zaczynajmy. Czas pana Demkowicza jest na wagę złota. Macie kwadrans.
- Jedno pytanie na jedną osobę. - Andriei postanowił nieco ograniczyć swobodę dziennikarzy. Wystarczyło dać im palec, a odgryźliby rękę aż po łokieć.
- Jak pan czuje się w naszym kraju? Podoba się panu w USA. - Po sali rozległ się pełen niezadowolenia szmer, że ktoś pytał o takie bzdury.
- Nie zdążyłem jeszcze zobaczyć zbyt wiele, ale LA jest całkiem przyjemnym miastem. Niestety nie mogę sie po nim swobodnie poruszać. Kobiety bywają u was bardzo niebezpieczne.
- Czyżby wspominał pan wycieczkę do nocnego klubu?
- Trudno to nazwać wycieczką. Raczej dramatycznym przeżyciem. O mało nie zostałem żywcem pożarty przez dwie, wygłodniałe piranie. Broniłem się zawzięcie, a potem z nieznanych mi powodów wylądowałem z przyjaciółmi na bruku. - Popatrzył na chichoczących paparazzi, jakby faktycznie się zastanawiał, co się właściwie wtedy stało. - Nie bardzo znam tutejsze zwyczaje - dodał ciszej. Zawstydzony swoją niewiedzą spuścił oczy. Na sali zawrzało. Wszyscy doskonale znali, wspomniane panie i zaczęli współczuć temu młodemu mężczyźnie, narażonemu na ich niewybredne ataki. Szeptali między sobą gorączkowo, a czas biegł nieubłaganie...
- Chodzi o wypowiedź podczas wywiadu z Ofrą. Jak długo trwa pana romans ze znanym pisarzem?
- Och... - Demkowicz zarumienił się widowiskowo. - Nie mam niestety żadnego romansu.
- Nie ma sensu zaprzeczać. Dokładnie pan opisał miłość swojego życia i zupełnie nie przypomina pięknej narzeczonej.
- Ale to nnie ttak...- lekko się zająknął. Podniósł lśniące niczym klejnoty czarne oczy na tłum. - Od dawna marzyłem o spotkaniu pana Zaubera. Przeczytałem prawie wszystkie jego powieści. - W tym miejscu Andriei nawet niewiele rozminął się z prawdą. Przez wiele godzin od zobaczenia zdjęcia Zoji myślał co zrobi, jak dorwie w swoje łapy pisarza, a w samolocie zaciekle przeglądał szmiry napisane przez wstrętnego podrywacza jego malej siostrzyczki. - Kiedy wytwórnia zaproponowała skomponowanie muzyki do serialu, byłem podniecony możliwością jego poznania.
- Jednak wasza znajomość nie wygląda na zwykły stosunek idol - fan.
- No cóż... - W jego oczach pojawił się ogień, który sprawił, że anielska twarz stała się jeszcze bardziej pociągająca. Większość obecnych niemal wstrzymała oddech. - Na miejscu okazało się, że Adam jest nie tylko świetnym pisarzem, ale i uroczym mężczyzną.
- Zauber jest od pana dobre sześć lat starszy i bardzo elokwentny. Z pewnością bez trudu zawrócił w głowie takiemu młodemu mężczyźnie.
- Niezupełnie...- zaczerwienił się jeszcze bardziej. Postanowił podziękować profesorce za zmuszenie go do lekcji aktorstwa.
- Czyli...?
- To ja próbowałem uwieść jego, ale nic z tego nie wyszło.
- Nie chce pan chyba powiedzieć, że ktoś oparł się takiemu pięknemu chłopcu?
- Eech... Adam to inteligentny mężczyzna, a ja popełniłem mnóstwo niezręcznych gaf. Nie był zachwycony. Nie wyrzucił mnie z domu tylko dlatego, że jest związany kontraktem przez wytwórnię. - Na chwilę ukrył twarz w dłoniach i obserwował tłum przez palce. Chyba mieli wrażenie, że biorą udział w romantycznym filmie.
- I co ma pan zamiar teraz zrobić?
- Jak to co? - Wyprostował się i spojrzał stanowczo, prosto w najbliższą kamerę.  - Zakochałem się i mam zamiar walczyć o tę miłość ze wszelkich sił. Zawsze dawałem z siebie wszystko na koncertach, więc teraz mam nadzieję, że moi wspaniali fani wesprą mnie w tej, tak ważnej sprawie. Potrzebuję ich pomocy, ponieważ nie mam zbytnio doświadczenia. Jestem przekonany, że serce Adama w końcu zmięknie. - Położył zaciśniętą dłoń na piersi. - Poczekam na niego tyle, ile będzie trzeba. Choćby do końca życia. - Zakończył płomienną deklarację. Na sali zaległa głucha cisza. Niektórzy mieli w rękach chusteczki. Czarodziejski głos Andrieia miał hipnotyzującą moc, a w połączeniu z anielskim wyglądem dosłownie uwiódł tłum.
- Panowie, panowie kończymy. - Menadżer na dyskretny znak Demkowicza podniósł się z krzesła.
- Jak to kończymy?
- Dopiero zaczęliśmy.
- Mamy jeszcze wiele pytań.
Rozległy się ze wszystkich stron okrzyki i błagania. Luis był jednak nieugięty.
- Obiecaliśmy kwadrans, a zrobiło się pół godziny.
Dziesięć minut później obaj panowie siedzieli już w limuzynie, mknącej w kierunku studia nagrań. Zmęczony piosenkarz popijał schłodzoną wodę mineralną. Menadżer cierpliwie czekał aż się odezwie pierwszy, w końcu nie wytrzymał.
- Andriei, jak tylko dostaniesz wymarzone Grammy, zacznij grać w filmach. Dramaty będą w sam raz. Oskara zdobędziesz bez najmniejszego trudu. - Mężczyzna był pełen podziwu dla swojego podopiecznego, wodzącego przez całą konferencję za nos, gromadę dziennikarzy.
- Jestem muzykiem, nie aktorem.
- Trochę przesadziłeś z tą deklaracją uczuć do Zaubera. Długo ci tego nie zapomną, nie będzie łatwo się z tego wykręcić.
- Nie mam zamiaru się z niczego wykręcać - oświadczył spokojnie.
- Żartujesz prawda? - Pytanie zabrzmiało nieco histerycznie.
- Bynajmniej. - Jedna aksamitna brew powędrowała do góry. - Naprawdę kocham Adama.
- O... Mój... Boże...! - Luis zaczął się gwałtownie wachlować ręką. O kurwa, kurwa nad kurwami. Jak on się z tego wytłumaczy wytwórni, Demkowiczom, Katii?
- Tylko mi tu nie mdlej idioto! - Prysnął na szalejącego głupka wodą. Znali się już tyle czasu, więc jak mógł pomyśleć, że rzuca tak poważne wyznanie na wiatr. Chyba nie sądził, że będzie się go pytał o pozwolenie z kim może sypiać? Licho z nim. Teraz najważniejszy był Adam, a zaraz po nim trasa koncertowa po USA.